|
Kto nie zje zupy tan umrzeć musi!
O twórczości Heinricha Hoffmana
Wszystko zaczęło się w sposób bardzo przypadkowy. Pewien frankfurcki psychiatra pragnął z okazji zbliżającej się Gwiazdki, kupić książeczkę dla swojego czteroletniego synka. Regularnie odwiedzał księgarnie, ale na żadną z dostępnych pozycji nie mógł się decydować.
We wszystkich dostrzegał poważne mankamenty. Henrich Hoffman był jednak człowiekiem, który niezwykł łatwo kapitulować. Zamiast ubolewać nad niskim poziomem literatury dla dzieci sam sięgnął po pióro.
Wielu z nas będą w podobnej sytuacji kupiłoby dziecku piłkę czy w najlepszym razie konia na biegunach. Po latach wspominał: „O jedenastej w nocy, nie wiedząc prawie co czyniłem, nagle zostałem pasowany na pisarza dla dzieci.”Doktor nie tylko napisał kilkanaście wierszyków, ale również przyozdobił je ilustracjami. Po paru godzinach twórczego wysiłku książka była gotowa. Wstawał nowy dzień. Hoffman po nieprzespanej nocy udał się do swoich pacjentów, którym zaprezentował urywki dzieła. Wszyscy byli zachwyceni. Wkrótce rękopis trafił do wydawcy. Zaledwie po paru tygodniach w księgarniach pojawił się „Struwwelpeter” – „Piotruś Rozczochraniec”(1844).

Sukces tej publikacji był oszałamiający. Liczba sprzedanych egzemplarzy sięgnęła kilkuset tysięcy co w owych czasach było wydarzeniem bezprecedensowym. Rodzi się zasadnicze pytanie co spowodowało, że wiersze te podbiły serca tak wielu rodziców? Nie zapominajmy, że to właśnie oni kupują książeczki dla swych pociech. Odpowiedz może być tylko jedna – wybitnie moralizatorski charakter dzieła.
Dziecięcy bohaterowie Hoffmana na skutek nieposłuszeństwa popadają w poważne tarapaty. Jeżeli to słowa adekwatne do tego co im się przydarza. I tak na przykład dziewczynka bawiąca się zapałkami podpala sobie przez nieuwagę ubranko i po chwili zamienia się w żywą pochodnie. Inne dziecko zamiast patrzeć pod nogi rozgląda się ciekawie po ulicy i wpada do... kanału!
Złośliwi pomyślą na pewno, że oszałamiający sukces tych makabrycznych wierszyków to kwestia narodowego charakteru. W samym tylko obszarze niemieckojęzycznym publikacja ta doczekała się aż kilkuset! wznowień. Nie wszystko to jednak tłumaczy. „Piotruś Rozczochraniec” trafił również do Polski kraju słonecznych Słowian... i znalazł swoich entuzjastów! Przekładu z oryginału dokonał zapomniany już dziś poeta Wacław Szymanowski. Książka ukazała się pod zmienionym tytułem „Złota różdżka. Grzechy 4 – 6 letniej dziatwy, opowiadane wierszem”(1883). Sukces jej był na tyle duży, że wierszami Hoffmana zainteresowali się również inni pisarze. Jednym z admiratorów jego twórczości był autor „Katechizmu polskiego dziecka” Władysław Bełza. Przedstawione poniżej wiersze są jego autorskimi tłumaczeniami.
Wszystko zaczęło się w sposób bardzo przypadkowy. Pewien frankfurcki psychiatra...
O Juleczku, co miał zwyczaj ssać palec Ja wychodzę po ciasteczka” Rzekła mama do Juleczka. „Sprawiajże się tu przykładnie, Nie ssij palców, bo nieładnie. Bo kto palce w buzię tłoczy, Zaraz krawiec doń wyskoczy Z nożycami, zły okrutnie, I paluszki nimi utnie” Julek przyrzekł słuchać mamy, Lecz nie wyszła jeszcze z bramy, A już nieposłuszny malec Myk – do buzi duży palec! Wtem ktoś z trzaskiem drzwi otwiera, Wpada krawiec jak pantera I do Julka skoczy żwawo, Nożycami w lewo, w prawo - Uciął palec jeden, drugi! Aż krew pryska na dwie strugi! Julek w krzyk, a krawiec rzecze: „Tak z nieposłuszeństwa leczę!” Wraca mama – wielka bieda Juleczkowi ciastek nie da. Bo kto mamy nie usłucha, Temu dosyć bułka sucha! Płacze Julek w wielkiej trwodze A paluszki na podłodze...


O upartym Michale co nie chciał jeść zupy

Michał był tłusty, zdrów najzupełniej, Z buzią okrągłą jak księżyc w pełni, Jędrna jak orzech, śliczną rumianą, Jadł i pił wszystko, co na stół dano. Raz gdy mu zupę stawia służąca, On stąd ni zowąd talerz odtrąca, Mama go łaje, a Michaś w sprzeczki: „Nie chce i nie chce ani łyżeczki!” Nazajutrz Michaś tak schudł nieboże, Że go nikt w domu poznać nie może, Dają do stołu, on znowu w sprzeczki, Nie chce jeść zupy ani łyżeczki. Nie słuchać starszych, rzecz bardzo brzydka, W czwartym dniu Michaś wychudł jak nitka, W piątym coś w piersiach i w gardle dusi, Kto nie je zupy, ten umrzeć musi. Tak też z Michasiem – był zdrów i tłusty, Pięć dni nic nie jadł – umarł na szósty..


Druga część tego artykułu powstała za sprawą czystego przypadku. W jednym z warszawskich antykwariatów natknąłem się na rocznik „Młodej Matki” z 1927 r. Wolumin był w wyjątkowo dobrym stanie.
Nie będąc specjalnie zainteresowany jego nabyciem, w jakiś odruchowy sposób zajrzałem pod solidne płócienne okładki. Palce wyłowiły numer 16, w którym opublikowany był tekst Haliny Górskiej – „Kilka słów o literaturze dla najmłodszych”.
Czy w antykwariacie był duch psychiatry z Frankfurtu! Proszę sobie wyobrazić, że artykuł traktował w sposób pośredni o „Piotrusiu Rozczochrańcu” i naprowadził mnie na trop skończenie już zapomnianej książeczki Artura Oppmana o wielce mówiącym tytule: „O Jasiu Dręczycielu o Józiu Gapicielu o Cesi Cmokosi i poparzonej Zosi” . Oddajmy głos Halinie Górskiej.

„Istnieją autorzy sadyści. Ci panowie skazują swego bohatera za każde najbardziej niewinne wykroczenia, na śmierć, kalectwo albo tortury i wprost straszą dzieci po nocach. Ponieważ ktoś może mi zarzucić przesadę, wiec pozwolę sobie przytoczyć kilka przykładów. W jednej z takich rymowanych powiastek pewien niegrzeczny chłopiec, zabrawszy bez pozwolenia parasol swego wuja, wychodzi z nim na przechadzkę. Zgadnijcie proszę, jakie skutki pociąga za sobą to drobne na pozór wykroczenie? Oto zrywa się wicher, który wrzuca niegrzecznego chłopca razem z wziętym bezprawnie parasolem do stawu, gdzie obaj (chłopiec i parasol) toną... „Tak to kończy się każda swawola, nie ma już Janka ni parasola” – kończy posępnie autor. A owa tak rozpowszechniona książeczka o Zosi, co się bawiła zapałkami, i Cesi, co ssała palec? Przejdźmy już do porządku dziennego nad spaloną Zosią, ale przygoda Cesi oburza mnie zanadto, żebym mogła ja wybaczyć autorowi! Przyzwyczajenie ssania palca jest oczywiście rzeczą brzydką i godna nagany, ale stanowczo nie tego, żeby jakiś krawiec (?!) wpadł do mieszkania i obcinał dziecku wszystkie palce! Nie pamiętam dobrze, jak autor kończy tę historię. Zdaje mi się, że później okazuje się, iż nie był ów straszny krawiec, ale przebrany za niego wujek i że nie obciął on palców Cesi, ale tylko je drasnął. Koniec ten jednak nie zmienia tu nic, gdyż na dzieci całe to opowiadanie, zaopatrzone w ohydną ilustrację, przedstawiającą krawca z otwartymi nożycami i krwawiące ręce Cesi, działa wprost wstrząsająco. Znajoma moja opowiadała mi, że synek jej, po przeczytaniu tej książeczki, którą jakaś ciotka przyniosła w podarku, stracił nagle sen i apetyt, stał się kapryśnym i rozdrażnionym, a dość było wymówić przy nim słowo „krawiec”, by płacząc i krzycząc, chował się za szafę lub pod kanapę. Zmartwiona taką nagłą zmianą w zdrowym dotychczas i wesołym dziecku, chciała już poradzić się lekarza, gdy pewnego dnia, przeglądając książeczki syna, znalazła wśród nich owo piękne opowiadanie. Pytam się więc, czy nie byłoby lepiej, ażeby ów krawiec, nie mogący znieść palców zajętych niewłaściwą robotą, zamiast obcinać palce niewinnej małej Cesi, obciął je autorowi piszącemu niedorzeczności, rozstrajającemu nerwy tysięcy dzieci? I czy wicher topiący niegrzecznych chłopców, wychodzących z wziętym bez pozwolenia parasolem, nie postąpiłby dalece rozsądniej, topiąc w stawie niektórych pisarzy w chwili, gdy udają się ze swymi rękopisami do wydawców?”
Na zakończenie warto przedstawić dwa z wierszy przytaczanych w pierwszej części artykułu ale tym razem w znacznie złagodzonej wersji. Pomimo tych zabiegów, książka Oppmana nie doczekała się oficjalnie kolejnych wydań. Pisze oficjalnych bo w tak zwanym drugim obiegu było kilkanaście. Publikacja ta rozprowadzana była na jarmarkach przy okazji odpustów i przez obnośnych handlarzy dewocjonaliów. Jak widzimy zakazy administracyjne i niezgłębione morze krytyki nie jest wstanie odwieść czytelników od swych ulubionych książek.

O Stefciu grymaśniku Nikt ze Stefciem grymaśnikiem Nie mógł dojść do ładu: Jadłby chętnie konfiturki, Nie chciał jeść obiadu. Gdy mu dadzą smaczną zupę, Lub kawałek mięsa, Ani łyżki nie wypije, Ani nie zje kęsa. Biedna mama, widząc nieraz Jego kwaśną minkę Pyta: „Stefciu! Czyś ty chory? Zjedzże odrobinkę! Zjemy razem, dobrze synku? Ja przy tobie siędę...” Ale Stefcio krzyczy: „Nie chce! Nie chce jeść! Nie będę!” Kara w końcu go spotyka, Bo ot, co się dzieje: Pan Stefanek grymaśnicki W oczach mizernieje. Dzień nic nie jadł, nie jadł drugi, Osłabł tak na trzeci, Że zaledwie kroki stawia Jak maleńkie dzieci I nadziwić się nie mogą Znajome chłopczyki, Bo ma nogi pan grymaśnik Cienkie jak patyczki! Na dzień czwarty gdy z fotela Ruszyć się nie może, Począł Stefcio lamentować „Ratujcie! Ach, Boże!...” Jakieś leki obrzydliwe Łykać trzeba było, To też teraz pan Stefanek Zajada aż miło.
O Cesi Cmokosi Była jedna Cesi mała, Co paluszki ciągle ssała, I choć miała piąty rok, Jak niemowlę, wciąż: cmok! cmok! Mówi mama: „Brzydka wada! Ssać paluszka nie wypada! Moja Cesiu nie martw mnie Bo zobaczysz będzie źle! Przyjdzie krawiec, zły okrutnie I paluszki Cesi utnie... Ach! Już nikt by ich nie zszył Toż dopiero płacz by był!” Ale Cesia mysli sobie: „Ej toć złego nic nie robię! Mama tylko straszy mnie, Skąd by krawiec wziął stu się? Gdzież to zresztą krawców znają Co paluszki obcinają? O tem, choć mam piąty rok Nie słyszałam – i znów: „cmok!” Raz na miasto idąc mama Rzekła: „Cesiu! Będziesz sama, Grzeczną bądź! Przyniosę gruszek. A pamiętaj!... wiesz?... paluszek!” Ledwo się zamknęły drzwi, Cesia mówi: „Ej, co mi! Possę trochę... tak troszeczkę, Raz jedyny przez chwileczkę...” I paluszek w buzie chlup, Wtem ktoś biegnie: tup, tup, tup! Wpada krawiec, strasznie zły, „Palec – woła utnę ci” Zdjął okrutny Cesię strach! Słyszy groźne: Szach! Szach! Szach! Tnie zły krawiec nozycami, A sukienkę krew już plami. Skaleczywszy jak duch, znika. Biedna Cesia w płacz i w krzyk. Wchodzi mama: „Co ci to?” Cesia beczy: „Och! Och! O! I zaledwie wyrzec może: „Był tu krawiec... Ach, mój Boże! Mamo! Mamo!... rączka chora Bez paluszków... Po doktora!” A mamusia widzi: „Widzisz sama, Że radziła dobrze mama, Przestrzegałam! Jak to źle, Gdy panienka palec ssie!” Jak naprawdę było tam, Ja w sekrecie powiem wam: Ten zły krawiec to przebrany Cesi wujek był kochany Wielkie on nożyce wziął I paluszki nimi ciął, Lecz choć „utnę” groźnie wrzasnął, Ledwie Cesie trochę drasnął. Ta w przestrachu zaś myślała, Że bez palców już została. Tak to było! No i cóż? Cesia palca nie ssie już Nauczka ją poprawiła, I już panna jest z niej miła.
|