| Artykuly |
|
Nie w księgarni, nie na ekranie telewizora, nawet nie w bibliotece. Ale po kolei. Kiedy byłam małą dziewczynką, odkąd tylko sięgam pamięcią, każde letnie wakacje spędzałam u babci i dziadka na wsi. Oprócz zwierząt, ogrodu i studni, czekały tam inne atrakcje w postaci wielkiego, starego domu z dużą ilością różnych zakamarków. Do takich tajemniczych i niesamowitych miejsc z całą pewnością należał strych. Często zapuszczałam się tam sama i nawet pająki nie były w stanie powstrzymać mnie przed szukaniem skarbów. Stare meble, obrazy, muszelki i bursztyny, a pośród tego ogromne wprost ilości książek: na półkach, krzesłach, w szafach i kartonach. To były moje największe skarby i najważniejsze odkrycia. Wśród nich właśnie trafiłam na wiele egzotycznych baśni, starych bajek i właśnie na Gąskę Balbinkę. Książeczka miała nieduży format – taki, jak te z serii „Poczytaj mi mamo”. Okładka była lekko błyszcząca, przedstawiała Balbinkę, a tak szczerze mówiąc, to przypominała mi ekran telewizora. Kartki zdążyły pożółknąć, widać też było, że książeczka była często czytana. Nigdy o takim stworzeniu nie słyszałam. Nie czytałam tej bajki, a przygód Gąski na dobranoc nie miałam okazji oglądać. A w dużym kartonie z różnymi rupieciami znalazłam małą plastikową figurkę, była to Gąska. Pokazałam moje znalezisko mamie. Opowiedziała mi, że to bajka jej dzieciństwa. Była najstarsza z pięciorga rodzeństwa i to jej, jako pierwszej, tata – a mój dziadek, kupił książeczkę z przygodami Balbinki. Później, kiedy w domu pojawił się czarno-biały telewizor, dzieci mogły oglądać swoją pierzastą znajomą na ekranie. Książeczka przechodziła z rąk do rąk. Ostatnim jej właścicielem był wujek Piotrek, najmłodszy brat mamy. A teraz ja zostałam jej kolejną posiadaczką – w kolejnym już pokoleniu. Tak mi się to rezolutne stworzenie spodobało, że przez pewien czas czesałam się podobnie do Balbiny. Ponieważ ilustracje w książce wydawały mi się smutne, wzięłam swoje kredki i pokolorowałam ją. Na szczęście nie straciła na tym, wręcz przeciwnie. Oczywiście Balbinka została zabrana i tak ze wsi trafiła do miasta. Parę lat później rozpoczęłam naukę w szkole podstawowej. Techniki uczył mnie wysoki, szczupły pan z zawadiackim wąsem. Wielu uczniów starszych klas nazywało go Ptyś. Młodsze dzieci po jakimś czasie również zaczęły używać tego przezwiska. Ja nie omieszkałam opowiedzieć mamie, że zajęcia ma z nami Ptyś. A wtedy mama nieco odświeżyła mi pamięć. Ptyś pojawił się przecież u naszej małej Gąski... Mama wyjaśniła mi również, skąd to przezwisko. Nie dość, że ubierał się podobnie, jak Ptyś, nawet posturę miał taką samą, to jeszcze mówił „przez nos”. Wykapany Ptyś! Mama znała mojego nauczyciela, bo sama w niej uczyła inne dzieci. Autorką tekstu jest Magda Świtała. Tekst został nagrodzony w konkursie Republiki Dzieci ogłszonym na stronie http://www.natkaszczerbatka.pl/content/view/125/161/ |



