|
Sally Nicholls. Olivier i zeszyt z marzeniami. Wydawnictwo Znak
Olivier ma jedenaście lat i uwielbia fakty. Chce wiedzieć wszystko o sterowcach, duchach, naukowcach i o tym, jak to jest, kiedy po raz pierwszy całuje się dziewczynę. Olivier ma też listę marzeń do spełnienia. Czy uda się je zrealizować choremu na białaczkę chłopcu?
Oto dziennik Oliviera, pełen marzeń i wiary, że można je spełnić. Historia na miarę Oskara i pani Róży.
Książka Sally Nicholls Olivier i zeszyt z marzeniami w przekładzie Katarzyny Janusik ukazała się w księgarniach 17 kwietnia 2008 roku. Część dochodu ze sprzedaży książki jest przeznaczona na Fundację Mam Marzenie.
Fundacja Mam Marzenie
Fundacja Mam Marzenie powstała, by spełniać marzenia polskich dzieci cierpiących na choroby zagrażające ich życiu. Istnienie Fundacji zostało zainspirowane spełnieniem ostatniego życzenia Chrisa Greciusa, którego śmierć stała się początkiem światowego ruchu spełniania marzeń chorych dzieci. Przez swoją działalność Fundacja chce dostarczyć chorym dzieciom i ich rodzinom niezapomnianych wrażeń, które wniosą w ich życie radość, siłę do walki z chorobą i nadzieję na przyszłość. Mam Marzenie jest organizacją pożytku publicznego, opartą wyłącznie na działalności wolontariuszy.
Fundacja rozpoczęła działalność w 2004 roku. Obecnie na terenie Polski działa 15 oddziałów (w Krakowie, Katowicach, Poznaniu, Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku, Gorzowie Wielkopolskim, Łodzi, Białymstoku, Szczecinie, Kielcach, Rzeszowie, Bydgoszczy, Lublinie, Opolu). Do tej pory Fundacji udało się spełnić ponad 1200 marzeń polskich dzieci, wnosząc w ich życie odrobinę radości, nadziei i siły do walki z chorobą. (Ewa Stolarska, Prezes Zarządu Fundacji Mam Marzenie)
Posłowie do książki
Piękne, wzruszające, mądre, pouczające, śmieszne – to mieszanina uczuć, jakie targają przy czytaniu tej książki. Olivier swoimi marzeniami wypierał lęk, zagłuszał ból, wypełniał pustkę. To bardzo ważne, aby mieć marzenia i umieć marzyć.
Fundacja Mam Marzenie powstała właśnie po to, aby spełniać marzenia polskich dzieci, którym przyszło zmagać się z chorobą zagrażającą ich życiu. Spełniając marzenie chorego dziecka, chcemy, tak jak Olivier i jego przyjaciel Feliks, wypełnić pustkę, zagłuszyć ból, wyprzeć lęk. Często musimy uczyć nasze dzieci odróżniać marzenia od potrzeb, uśmiechać się od nowa. Staramy się, aby podobnie jak w domu Oliviera, w magiczny proces spełniania marzenia włączyć całą rodzinę dziecka. Dopiero wówczas spełnione marzenie ma swój pełen wymiar. Dopóki Olivier marzył sam, to były to tylko marzenia, kiedy zaczęli do spełniania marzeń włączać się jego najbliżsi, stawały się rzeczywistością. Jakże piękna jest historia o potajemnych sankach Oliviera z mamą i siostrą. Ileż radości sprawiła ta z pozoru niebezpieczna zabawa naszemu bohaterowi.
Często marzenia naszych dzieci są tak bardzo błahe, proste, łatwe do spełnienia. Tylko któż myśli o marzeniach, kiedy umysł pochłonięty jest walką z chorobą dziecka? Wówczas wkraczamy my – wolontariusze Fundacji Mam Marzenie, ludzie, dla których uśmiech chorego dziecka stał się najważniejszym wyzwaniem. Żadne trudności, niepowodzenia czy przeszkody nie są w stanie zawrócić nas z drogi do spełnienia marzenia chorego dziecka. Nawet jeżeli jest ona długa i kręta, to wiemy, że na jej końcu spotka nas najpiękniejsza zapłata – szczęśliwa, uśmiechnięta, choć blada i wyczerpana twarzyczka. Nigdy nie zapomnę oczu moich marzycieli, przepełnionych radością i zdziwieniem, że oni też mogą się cieszyć i być szczęśliwi, że choroba nie pozbawiła ich prawa do marzeń i radości. Moc tej radości potrafi zdziałać cuda. Potrafi wydobyć ukryte resztki sił, do walki z chorobą, niejednokrotnie zakończonej sukcesem. Nie pozwólmy im więc nigdy zapomnieć o marzeniach. (Ewa Stolarska, Prezes Zarządu Fundacji Mam Marzenie)
O Autorce
Sally Nicholls. Urodziła się w Stockton 22 czerwca 1983 roku, tuż po północy, w trakcie burzy. Jej ojciec zmarł, gdy miała dwa lata. Wychowaniem Sally zajęła się matka. Nicholls od zawsze uwielbiała czytać i większość swojego dzieciństwa spędziła, próbując sprawić, by rzeczywistość była taka jak w książkach. Po ukończeniu szkoły średniej pracowała przez pół roku w Japonii, zwiedziła też Australię i Nową Zelandię. Po powrocie studiowała filozofię i literaturoznawstwo w Warwick. Na trzecim roku studiów zdała sobie sprawę, że będzie musiała jakoś zarabiać na życie. Rozpoczęła studia magisterskie na kierunku „pisanie dla młodych czytelników” w Bath Spa. W trakcie studiów napisała swoją pierwszą książkę Olivier i zeszyt z marzeniami (oryginalny tytuł Ways To Live Forever). Obecnie mieszka w małym mieszkaniu w Londynie, pisze i próbuje uwierzyć w swoje szczęście.
O książce
Ku końcowi
Kiedy syn moich znajomych miał osiem lat, przechodził fazę à la John Webster i był zafascynowany śmiercią. Lubił trącać patykiem zwierzęta zabite na drodze i wpatrywać się w nagrobki. Wprawiało to jego rodziców w zakłopotanie, podobnie jak niekończące się pytania dziecka: jaka jest śmierć? skąd wiesz, że nie żyjesz? co się dzieje po śmierci? dlaczego musimy umrzeć? Są to, według Oliviera McQueena, jedenastoletniego bohatera książki, „Pytania, na które nikt nie chce odpowiadać”. Jednak Olivier nie przechodzi dziecięcej fascynacji śmiercią. Dla niego te pytania mają szczególną wagę, ponieważ dotyczą jego choroby i zbliżającej się śmierci.
Olivier i zeszyt z marzeniami to pamiętnik, który prowadzi Olivier przez ostatnie trzy miesiące swojego życia. Czytanie jego zapisków nie przypomina zbytnio czytania powieści. Jest to raczej oglądanie genialnego filmu dokumentalnego w telewizji. W tekst wplecione są rysunki, bilety i listy. Pamiętnik zawiera nie tylko pozostające bez odpowiedzi pytania, ale także fakty. Olivier uwielbia fakty. Wierzy, że są one przeciwieństwem pytań.
Inna lista porządkuje strukturę książki. „Lista nr 3: rzeczy, które chcę zrobić” zawiera różne marzenia. Są tam marzenia całkiem rozsądne (wejść w górę po ruchomych schodach jadących w dół i odwrotnie), trudne do osiągnięcia (polecieć sterowcem), a także niemożliwe do spełnienia (polecieć w kosmos i obserwować stamtąd Ziemię). Nie chciałbym zdradzać fabuły, ale przyznam, że każde z tych marzeń zostanie wykonane, w ten czy inny sposób.
„Uśmiercanie dzieci” przewija się czasem na kartach książek i wiąże się ze sporym ryzykiem. Jeśli zbrodnia ta zostanie dodatkowo przyprawiona ckliwością, kara może być wyjątkowo surowa. Wydając wyrok na Dickensa, Oscar Wilde wypowiedział słynne słowa: „Trzeba mieć serce z kamienia, by czytać o śmierci małej Nell i nie wybuchać śmiechem”. Próbując uniknąć sentymentalizmu, pisarze przybierali moralizatorski ton lub oferowali czytelnikom pseudogłębokie pocieszenia. Poza tym całkiem rozsądne jest podejrzewać, że uśmiercanie dzieci to najłatwiejszy sposób na wyciśnięcie z czytelników morza łez.
Świadoma tego wszystkiego, Sally Nicholls wykazała się albo wielką odwagą, albo lekkomyślnością, debiutując powieścią o chłopcu, który umiera na białaczkę. Wydaje się też, że jeszcze pogorszyła swoją sytuację, pisząc tę historię w pierwszej osobie. Oznacza to, że nie ma narratora, który mógłby przedstawić końcowe sceny. Czy udaje jej się znaleźć wyjście z tej sytuacji? Tak. Autorka wie, jakie na nią czekają pułapki, wchodzi w nie i wydostaje się z nich bez szwanku.
W narracjach pierwszoosobowych narrator znaczy wszystko. Olivier to zwyczajny chłopiec, którego zmienił ogrom doświadczeń. Zarysowanie jego postaci w tak realistyczny sposób to doprawdy imponujące osiągnięcie. Powinienem też wspomnieć (przez zaciśnięte zęby), że Nicholas, gdy napisała tę książkę, miała zaledwie dwadzieścia trzy lata. Jej wydawca wiąże z nią wielkie nadzieje, które (biorąc pod uwagę siłę jej debiutu) wydają się całkowicie uzasadnione. To elegancka, inteligentna, wzruszająca i momentami zabawna książka.
Mal Peet, „The Guardian” z 26 stycznia 2008
Fragmenty
NAJMNIEJSZA JEDNORAZOWA DYSKOTEKA NA ŚWIECIE 13 stycznia
To był pomysł pani Willis, żebym zrobił listę rzeczy, których chcę dokonać. – Czego chcesz dokonać. Albo po prostu, o czym marzysz. Najlepiej, żeby dało się to zrealizować, ale niekoniecznie. Jest mnóstwo rzeczy, które chciałbym zrobić, i bardzo podobało mi się spisywanie ich na kartce. Pani Willis też – oto, co napisała:
1. Pojechać do Wielkiego Kanionu. 2. Posprzątać na strychu. 3. Pracować w profesjonalnym laboratorium. 4. Nauczyć się piec bezy. 5. Wytresować swojego psa.
– Wytresować psa! – zawołał Feliks. – Co to w ogóle za marzenie? – Nie znasz mojego psa – odparła pani Willis.
Lista Feliksa była bardzo krótka:
1. Być sławnym i bogatym. 2. Zbombardować wszystkich lekarzy. 3. Zobaczyć koncert Green Daya.
– Ale ty już byłeś na koncercie Green Daya – zaprotestowałem. – Ze swoim bratem. Feliks dopisał coś do swojej listy. – Proszę bardzo – powiedział. – Zadowolony?
Teraz było napisane:
3. Zobaczyć koncert Green Daya JESZCZE RAZ.
To była fajna lekcja. Potem rysowaliśmy ludzi, którzy bombardują Green Daya ze sterowców, a na brzegu kartki duchy popijające piwo jeżdżą schodami ruchomymi.
Kiedy pani Willis już poszła, dalej siedzieliśmy z Feliksem przy stole i zacząłem wyciągać swoją armię Warhammera, bo chciałem, żebyśmy pograli. Feliks pochylił się nad moją listą i nasunął beret głęboko na oczy. Prawie cały czas chodzi w czapkach, bo przez lekarstwa, które kazali mu brać w zeszłym roku, wypadły mu wszystkie włosy. Moje też wypadły, ale odrosły, a jego nie. Teraz miał na głowie beret, który przypomina trochę zgnieciony melonik. Wyglądał w nim jak niedorobiony James Bond. – Naprawdę planujesz zrobić to wszystko? – spytał. – No nie wiem – odparłem. W tej chwili bardziej interesowało mnie rozmieszczenie armii. – Pewnie nie, a co? – Bo chyba dalibyśmy radę? – Popatrzył na mnie zaczepnie, jakby czekał, że zacznę się kłócić. Przerzucałem figurki w pudełku, bo nie mogłem znaleźć drugiego łucznika. – To nie są rzeczy do zrobienia tak naprawdę – wyjaśniłem. – Takie bardziej... życzenia. Nierealne. Feliks pochylił się do przodu. Uwielbia takie dyskusje. – I co z tego? – zapytał. – Pani Willis pewnie kiedyś upiecze bezy, nie? To dlaczego my nie mielibyśmy oglądać horrorów? Mickey ma ich pełno w pokoju. Przesunął listę w moim kierunku. Spojrzałem na nią. – Moglibyśmy zrobić dwie rzeczy – powiedziałem. Uklęknąłem na krześle i pochyliłem się nad stołem, żeby mu pokazać. – Popatrz. Moglibyśmy obejrzeć horrory i wejść na górę schodami jadącymi w dół. Może. Ale reszty nie damy rady. – Możemy pobić rekord świata. – Nie da się tak po prostu pobić rekordu. Wstałem i przyniosłem swoją Księgę rekordów Guinnessa. Strasznie lubię rekordy, bo nie da się ich podważyć. Rekord świata we wskakiwaniu na kiju na sprężynie po schodach wieży telewizyjnej w Toronto wynosi pięćdziesiąt siedem minut i pięćdziesiąt jeden sekund*. Najdłuższe słowo w języku angielskim, w którym każda litera występuje co najmniej dwa razy, to unprosperousness. To prawdziwy fakt, bo tak napisano w książce, i jeśli ktoś umie go pobić, to po prostu wysyła list do ludzi od rekordów, a oni przysyłają eksperta, żeby sprawdził, i wtedy też jest się w książce, jako prawdziwy fakt. No, a poza tym zostaje się sławnym. Feliks zabrał mi książkę i zaczął ją przeglądać, szukając jakiegoś łatwego rekordu. – Największa ilość robaków zjedzona w ciągu trzydziestu sekund. Pobij ten! Pamiętam ten rekord. Zajrzałem mu przez ramię. – Ten facet zjadł dwieście robaków. W życiu nie zjem d w u s t u robali. – Dwieście jeden – poprawił mnie Feliks, ale go zignorowałem. Dalej przeglądał książkę. – Najmniejsza dyskoteka na świecie. 2,4 na 2,4 na 1,2 metra. To nie jest prawdziwy rekord! Ile lat ma ta książka? – Dostałem ją na Boże Narodzenie. Feliks potrząsnął głową. – Każdy może zrobić dyskotekę. Co jest do tego potrzebne – muzyka? – I stroboskopy... i maszyna do sztucznego dymu... – przeczytałem. Feliks machnął ręką z lekceważeniem. – To wszystko nie jest potrzebne. Po prostu wsadzimy odtwarzacz CD do twojej szafy. – To nie będzie rekord! – A niby czemu nie? – Z mnóstwa powodów! – Nigdy nie udaje mi się wygrywać dyskusji z Feliksem. – Kluby są otwarte dla publiczności. – My też jesteśmy. Tylko mamy kulawy dział promocji. – Wyszczerzył zęby. – No, idź już, przynieś odtwarzacz. Nie chcesz pobić rekordu? Skrzywiłem się, ale wstałem i poszedłem do kuchni po odtwarzacz CD. Kiedy wróciłem, Feliks zaglądał do szafy. Mój pokój urządzono w dawnym garażu, więc jest na parterze i całkiem duży. Stoi w nim komplet wielkich niebieskich ciężkich mebli i wisi mnóstwo plakatów: ze Spidermanem, z Układem Słonecznym, z filmu Władca Pierścieni i jeszcze jeden z wilkiem, który wujek przywiózł mi z Kanady. – Masz tu jakiś kontakt? – spytał Feliks, kiedy wszedłem do pokoju. Trzymał w ręku latarkę i oświetlał wnętrze szafy. – Odtwarzacz jest na baterie. – Postawiłem go w szafie i włączyłem. Zaczęło lecieć Don’t Stop Me Now. Feliks jęknął, a ja się roześmiałem. – Nic dziwnego, że nikt nie przychodzi do naszego klubu! – Kto by się tym martwił? – odparł Feliks. – Tylko popatrz. Mamy muzykę, mamy światła. – Zapalił latarkę i zaczął robić nią kółka. – Wow, mamy nawet ruchomy parkiet do tańczenia. – Oświetlił moją starą deskorolkę, która stała oparta o tylną ścianę szafy. – Rekord świata. Czego jeszcze potrzeba? Roześmiałem się. Feliks zawsze mnie rozśmiesza. – Słuchaj – powiedział – jeśli wciąż uważasz, że to się nie liczy, ustalimy swój własny rekord. Najmniejsza jednorazowa dyskoteka na świecie. Założę się, że nikt go jeszcze nie pobił... – Tylko dlatego, że nikt nie próbował! Kto chciałby pobić taki rekord? – A kto wspina się na wieżę telewizyjną na kiju na sprężynie? – odparł Feliks, który też zaczął się śmiać. – Kogo obchodzi, że jest idiotyczny? Rekord to rekord, nie? – Nieprawda. Rekord to musi być coś niesamowitego! Feliks popatrzył na mnie uważnie. Widziałem, że coś kombinuje. – To żaden problem – powiedział po chwili.
To jest lista nowych (nieoficjalnych) rekordów, które wymyśliliśmy z Feliksem, zanim przyszła jego mama:
1. Olivier McQueen i Feliks Stranger: najmniejsza jednorazowa dyskoteka na świecie – Klub Wieszakowy. 2. Feliks Stranger: największa ilość płatków kukurydzianych zjedzona w ciągu piętnastu sekund – pięć garści. 3. Olivier McQueen: najszybsze wskakiwanie po schodach na piętro (trzymając się poręczy) – czterdzieści trzy sekundy. 4. Feliks Stranger: wyrecytowanie alfabetu od początku do końca, bez błędów, w ciągu trzydziestu sekund – dziewięć razy. 5. Zabronione (mama): najszybsze wskakiwanie po schodach na piętro (nie trzymając się poręczy).
* Ashrita Furman, 23 lipca 1999. Ashrita Furman pobiła ponad sześćdziesiąt rekordów świata, w tym rekord liczby rekordów pobitych przez jednego człowieka.
tłum. Katarzyna Janusik
FRANCUSKI SZPIEG ALBO JAK POZNAŁEM FELIKSA
Pamiętacie, jak na samym początku mówiłem, że lubię zbierać różne opowieści? Najlepsze są prawdziwe historie, a ta jest właśnie taka, bo opowiada o tym, jak poznałem Feliksa. Wydarzyło się to w zeszłym roku, kiedy leżałem w szpitalu aż przez sześć tygodni. Spotkałem go kilka dni po przyjęciu. Był już wieczór i na oddziale dziecięcym panował taki ponury nastrój jak zawsze, kiedy kończy się dzień. Leżałem w łóżku, a drzwi do sali były otwarte, żebym mógł wyglądać na korytarz. Nic ciekawego się nie działo. Większość odwiedzających poszła już do domu. Nie chciało mi się czytać ani grać na Gameboyu, ani oglądać telewizji, więc tylko leżałem i patrzyłem na zamazane światła odbijające się w podłodze, i byłem znudzony i zmęczony, i było jakoś tak ciężko. Aż nagle korytarzem przejechał chłopak na wózku. Był bardzo chudy i trochę starszy ode mnie. Miał na sobie spodnie od dresu, czarny podkoszulek i czarny beret naciągnięty na jedno ucho. Wyglądał przez to trochę jak francuski szpieg albo członek francuskiego ruchu oporu z czasów drugiej wojny światowej. Zachowywał się zresztą zupełnie jak szpieg. Dojechał do końca korytarza, gdzie była dyżurka pielęgniarek, a potem szybko wyjrzał za róg. Wycofał się z powrotem na mój korytarz i zrobił to samo. W końcu zdecydował chyba, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo, bo zniknął za rogiem. Ale zaraz potem wrócił w takim tempie, jakby goniła go cała brygada szpitalnych nazistów. Usiadłem na łóżku, spodziewając się, że ktoś pojawi się za nim, ale nikogo nie było. Domyśliłem się, że to tylko taka gra, no bo wcale nie musiał jeździć tam i z powrotem tylko po to, żeby zobaczyć, co jest za rogiem korytarza. Wychyliłem się bardziej z łóżka, żeby sprawdzić, co teraz zrobi. I wtedy obrócił się, i zauważył, że na niego patrzę. Gapiliśmy się przez chwilę na siebie przez drzwi do mojej sali, a potem ściągnął beret i ukłonił mi się tak nisko, jak tylko mógł, siedząc na wózku. Wtedy zauważyłem, że nie ma włosów, i domyśliłem się, że też ma raka. Cały czas się na niego gapiłem, aż zorientowałem się, że czeka na moją reakcję, więc też ukłoniłem się z powagą. A potem szybko spojrzałem w górę, bo byłem ciekawy, co będzie dalej. Przyłożył palec do ust, dając mi znać, żebym nic nie mówił. Kiwnąłem głową, a on odkiwnął i z powrotem naciągnął beret na głowę. Zasalutował dwoma palcami, jakby chciał powiedzieć „Na razie, towarzyszu” albo coś w tym stylu. A potem odwrócił się i ruszył z powrotem w kierunku dyżurki. Siedziałem i czekałem, bo byłem pewien, że jeszcze tu wróci. Minęło najwyżej pół minuty, kiedy znów się pojawił, wycofując wózek w szalonym tempie. Tyle że tym razem skierował się od razu do mojego pokoju i wjechał do środka. Po omacku szukał brzegu drzwi czubkami palców, a kiedy je złapał, zamachnął się z całej siły. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Usłyszeliśmy stukot czyjegoś łóżka jadącego korytarzem. Siedzieliśmy tak, ja na łóżku, on na wózku, i gapiliśmy się na siebie bez słowa. Speszyłem się, ale Feliks nie – on nigdy się nie peszy. W życiu nie przyszłoby mi do głowy wpadać tak do pokoju obcego chłopaka bez zaproszenia, a on nic sobie z tego nie robił. – Uff – powiedział, a potem zdjął beret i wytarł sobie czoło. Nie żeby był spocony – robił to tylko dla szpanu. Teraz, kiedy siedział tak blisko, widziałem napis na jego podkoszulku: „GREEN DAY amerykański idiota”, z rysunkiem białej ręki ściskającej czerwone serce. Na rysunku było pełno malutkich kresek od częstego prania. – Czemu się ukrywasz? – spytałem. – Wybieram się do sklepu – odpowiedział chłopak. Pogrzebał w kieszeni z materiału przyczepionej z boku wózka i wyjął z niej coś schowanego w dłoni, żeby żaden nazistowski spadochroniarz na korytarzu nie mógł zobaczyć, co to takiego. Była to paczka papierosów. – Skąd je masz? – spytałem, nie mogąc oderwać wzroku od paczki. – Z automatu w pubie mojego wujka – powiedział. – Tyle że właśnie się skończyły i muszę kupić nowe. – Delikatnie włożył pustą paczkę z powrotem do kieszeni. – Jeśli tylko uda mi się przemknąć obok nich niepostrzeżenie – machnął głową w kierunku dyżurki pielęgniarek – to może namówię kogoś na dole, żeby kupił mi paczkę fajek. No wiesz, powiem, że moim ostatnim życzeniem przed śmiercią jest zapalić papierosa. Uśmiechnął się do mnie zaczepnie, jakby czekał, że zaprotestuję. Od razu go polubiłem. – Nikt na to nie pójdzie. Powinieneś raczej powiedzieć, że na górze umiera twój bardzo bogaty wujek, który wciąż nie wyznaczył spadkobiercy, i że to jego ostatnim życzeniem jest zapalić papierosa. Ludzie nie przejmują się, jeśli bogaci wujkowie umierają od palenia papierosów, ale przejmują się dziećmi. Chłopak uniósł brwi. – Można spróbować – stwierdził. – Idziesz ze mną? Zawahałem się. – Dlaczego boisz się pielęgniarek? – spytałem. – Przecież nie mogą zabronić ci iść do sklepu? Chłopak postukał się po nosie z tajemniczą miną. – Chcę zmylić trop – wyjaśnił. – Powiedzmy, że poczują w moim pokoju dym papierosowy. Jeśli myślą, że nie ruszałem się w ogóle z piętra, to nie mogą mnie oskarżyć o palenie, no nie? Bo skąd wziąłbym papierosy? Pomyślą, że to ktoś z odwiedzających albo jeszcze ktoś inny. Rozumiesz? Rozumiałem, tak jakby. Szczerze mówiąc, wydawało mi się, że pielęgniarki będą dużo bardziej podejrzliwe, jeśli przyłapią go, jak próbuje się przekraść koło dyżurki, ale wiedziałem, że nie o to w tym wszystkim chodzi.
To była gra. Pielęgniarki to wróg, a my byliśmy żołnierzami ruchu oporu. Nie było trudno przemknąć koło dyżurki. W środku była tylko jedna pielęgniarka, której powiedziałem, że mały chłopiec w pokoju obok strasznie krzyczy. Co zresztą było prawdą. Gdy tylko sobie poszła, Feliks zawołał: „Naprzód!”, i ruszyliśmy – najszybciej, jak się dało, korytarzem ku wolności. Mieliśmy niezłą zabawę, próbując namówić różnych ludzi, żeby kupili Feliksowi fajki. Zaczęliśmy od historii o wujku, ale nikt nie chciał nam uwierzyć. A kiedy Feliks mówił, że niedługo umrze, ludzie byli zszokowani i odwracali głowy, więc musieliśmy wymyślić coś innego. Powiedziałem jednej ładnej pani, która siedziała z dwójką małych dzieci, że moja siostra ma zaraz operację i że muszę kupić papierosy dla chirurga, żeby Przestały trząść mu się ręce. Ale tylko się roześmiała i odparła, że w takim razie lepiej poszukać innego chirurga. Feliks powiedział jednemu staruszkowi, że dokucza mu głód nikotynowy, co jest bardzo niebezpieczne przy ogólnym osłabieniu organizmu. Ale to był błąd, bo staruszek zaczął mu opowiadać, jakie on miał objawy, kiedy rzucił palenie. Feliks kiwał głową, jakby naprawdę interesowały go te nudy, a staruszek powtarzał: „Nie wierz w te wszystkie brednie. Mam dziewięćdziesiąt pięć lat. Dziewięćdziesiąt pięć!”. Cały czas patrzyliśmy na siebie i ledwo powstrzymywaliśmy się od śmiechu. Potem powiedziałem jakiemuś strasznie chudemu gościowi z brodą, że robimy zadanie do szkoły na temat, ilu ludzi na oddziale onkologicznym zapali papierosa. Stwierdził, że lepiej będzie, jak użyjemy kwestionariusza. W końcu Feliks powiedział jakiejś starszej dziewczynie, że jeden chłopak na oddziale zagroził, że nas pobije, jeśli nie kupimy mu papierosów. Chyba mu nie uwierzyła, ale i tak kupiła paczkę. Od tej chwili jesteśmy z Feliksem przyjaciółmi.
tłum. Katarzyna Janusik Sally Nicholls Olivier i zeszyt z marzeniami (Ways to Live Forever) Tłumaczenie: Katarzyna Janusik Oprawa miękka Wydanie: pierwsze ISBN: 978-83-240-0974-9 Opracowanie graficzne: Robert Kleemann Rok wydania: 2008 Format: 125 x2 05 mm Ilość stron: 120 Wydawnictwo: Znak |