Logowanie



Newsletter




Wiadomość HTML?

logo_dbajki

fabrykabajek_banner_200x100
naglowekrd1
Nie ma to jak Rodzinka!
wtorek, 21 października 2008 22:50

Rodzina Penderwicków na Gardam Street. Jeanne Birdsall

Mama już od tygodnia leżała w szpitalu z nowo narodzonym dzieckiem. Choć jej trzy małe córeczki odwiedzały ją codziennie, a nawet po dwa razy dziennie, ciągle im było mało. Pragnęły, by jak najszybciej wróciła do domu. - Kiedy, mamusiu? - spytała Jane, najmłodsza z całej trójki.

Mama już od tygodnia leżała w szpitalu z nowo narodzonym dzieckiem. Choć jej trzy małe córeczki odwiedzały ją codziennie, a nawet po dwa razy dziennie, ciągle im było mało. Pragnęły, by jak najszybciej wróciła do domu.
- Kiedy, mamusiu? - spytała Jane, najmłodsza z całej trójki.
- Już pięć razy pytałaś. Mama nie wie - skarciła ją Rosalinda, najstarsza i najbardziej odpowiedzialna z sióstr, choć miała dopiero osiem lat. - Mogę potrzymać Batty, ciociu Klaro?
Ciotka Klara, siostra ich ojca, ostrożnie podała jej niemowlę. Rosalinda uważała, że kołysanie dziecka to ogromna przyjemność, nawet wtedy, gdy śpi i nie ma pojęcia, że jest trzymane w ramionach.
- Mamusiu, a może byś do nas wpadła chociaż z wizytą? Nie musisz brać ze sobą dzidzi - powiedziała Skye, średnia siostra, jedyna, która odziedziczyła po matce jasne włosy i błękitne oczy. Dwie pozostałe były podobne do ojca i ciotki Klary - miały ciemne kędzierzawe włosy i piwne oczy. I choć na głowie dzidzi rósł tylko delikatny meszek, to wskazywał, że ona także będzie brunetką.
- Obawiam się, że kiedy wrócę do domu, to razem z Batty - ze śmiechem odparła matka. Nagle przycisnęła dłoń do boku i uśmiech zastąpił wyraz bólu.
- Idźcie do kiosku z pamiątkami. - Ciotka Klara poderwała się z krzesła. - Kupcie sobie coś słodkiego.
- Nie mamy pieniędzy - powiedziała Jane.
- Zaraz wam dam. - Ciotka wyciągnęła z portfela banknot i podała go Skye. - Rosalindo, lepiej będzie, jak zostawisz Batty tutaj. Jest za mała na sprawunki. - Ale możemy jej kupić prezent. - Rosalinda ostrożnie ułożyła maleństwo w białej kołysce obok łóżka matki.
- Nie mamy na to pieniędzy - rzuciła Skye.
- Zachowuj się! - skarciła ją matka. Ciotka jednak dołożyła jeszcze kilka banknotów.
- No, idźcie już, chciwi piraci!
Dziewczynki uwielbiały ciotkę Klarę, która kochała i dobrze rozumiała dzieci, a z braku własnych wszystkie uczucia przelała na bratanice. One z kolei nie obrażały się, gdy je tak przezywała. Przeciwnie, Skye była dumna z tego, że została awansowana na pirata i zaraz ruszyła w stronę kiosku rozkołysanym krokiem starego wilka morskiego. Rosalinda wzięła Jane za rękę i poszła za nią w mniej demonstracyjnym stylu, pozdrawiając po drodze znajome pielęgniarki.
Sklepik mieścił się w holu, za rogiem. Dziewczynki dobrze znały drogę, bo odwiedzały go niejeden raz, choć nigdy z tak pokaźną sumą. Ciotka Klara była bardzo hojna. Wystarczy dla każdej na mały upominek. Skye od razu podeszła do zegarków; marzyła, żeby mieć czarny.
Jane, jak zawsze, przyglądała się wszystkiemu po kolei, aż w końcu wylądowała przy lalkach, co było do przewidzenia. Rosalinda wybrała pluszowego czarnego pieska dla Batty, a potem podeszła do witryny z biżuterią. Jej najlepsza przyjaciółka Anna dostała ostatnio nowy pierŚCionek z turkusikiem, więc Rosalinda marzyła o takim samym.
Gdy jednak przyjrzała się wszystkiemu, jej uwagę przyciągnął nie pierścionek, lecz delikatny złoty łańcuszek z pięcioma serduszkami - największym w środku i mniejszymi po bokach. Sprawdziła cenę, szybko coś przeliczyła na palcach, potem dla pewności jeszcze raz, i zawołała siostry.
- Powinnyśmy kupić ten naszyjnik dla mamy - powiedziała.
- Ale wtedy wydamy wszystkie pieniądze - zaprotestowała Skye z czarnym zegarkiem na przegubie.
- Wiem, ale mamusia na pewno będzie zachwycona.
To duże serce to ona, a te małe to my trzy i dzidzia.
- To jestem ja. - Jane dotknęła palcem jednego z małych serduszek. - Rosalindo, czy mama ciągle jest chora?
-Tak.
- Przez Batty?
- Przez raka - powiedziała ze wstrętem Rosalinda, która nienawidziła tego słowa. - Pamiętacie, co tata nam mówił? Ale jest nadzieja, że niedługo wyzdrowieJe.
- No jasne - z entuzjazmem potwierdziła Skye. Tata mówił, że doktorzy robią, co mogą i że to najlepszy szpital na świecie.
- Dobrze - zgodziła się Jane. - Głosuję, żeby kupić mamusi naszyjnik.
- A niech to! - Skye zniknęła na chwilę i zaraz znów się pojawiła - już bez zegarka, za to ze sprzedawczynią, która zapakowała łańcuszek do ładnego pudełka z kokardką.
Rosalinda z niepokojem wracała do separatki mamy.
Na szczęście Skye i Jane natknęły się na znajomą siostrę Ruben, która zawsze pozwalała im się przejechać w fotelu na kółkach. Wiedząc, że pod taką opieką będą bezpieczne, Rosalinda spiesznie ruszyła korytarzem, a zwolniła dopiero przed salą. Nie weszła jednak od razu, tylko przyczaiła się przy uchylonych drzwiach. Słyszała, jak matka i ciotka coś szepczą, jak zwykle dorośli, kiedy nie chcą, żeby dzieci słyszały. Rosalinda dobrze wiedziała, że to brzydko podsłuchiwać, ale i tak kobiety mówiły zbyt cicho, by mogła zrozumieć, o co chodzi. Po chwili jednak podniosły głosy i nic już nie mogła poradzić - słyszała wyraźnie każde słowo.
- Nie, Lizzy. Tak nie można - perswadowała ciotka.
- Za wcześnie, żeby o tym mówić. Wygląda, jakbyś się już poddała.
- Dobrze wiesz, Klaro, że nigdy nie daję za wygraną, jeśli jeszcze jest nadzieja. Proszę, obiecaj mi, że jeśli się nie uda, za trzy lub cztery lata oddasz Martinowi mój list. Wiesz, że jest zbyt nieśmiały, by umawiać się bez zachęty, a ja nie mogę znieść myśli, że całe życie będzie sarn.
- Ma córki.
- Ale one kiedyś dorosną i...
Zdanie zostało urwane w pół słowa, bo przyjechała siostra Ruben z rozchichotanymi dziewczynkami na wózku inwalidzkim. Wyskoczyły i wpadły do pokoju, podczas gdy Rosalinda wlokła się za nimi, usiłując zrozumieć, o czym była mowa. Dlaczego marna uważała, że się nie uda? I dlaczego tata miałby się umawiać?
Zmroziło ją od środka, a uczucie to jeszcze się spotęgowało, kiedy zobaczyła, jak ciotka Klara wsuwa do kieszeni błękitną kopertę. Czy to był ten list, o którym wspominała marna?
Skye i Jane były tak podniecone po przejażdżce i wręczeniu prezentu, a mamie tak bardzo spodobał się naszyjnik i tak ślicznie w nim wyglądała, że nikt nie zwrócił uwagi na bladość i zwarzony humor Rosalindy. A potem przyszła siostra z lekarstwami i dała dziewczynkom do zrozumienia, że już czas się pożegnać.
Z ociąganiem ucałowały matkę - Rosalinda ostatnia w kolejce.
- Do jutra, mamusiu - wyszeptała. Miała nadzieję, że przez ten czas rozgryzie zagadkę nadziei, samotności taty i niepokojącego niebieskiego listu.
Ale Rosalinda nie miała już okazji zadać żadnych pytań. Szybko o nich zapomniała, bo zdrowie mamy, zamiast się polepszyć, gwałtownie się pogorszyło. Mimo wysiłków najlepszych lekarzy do końca tygodnia ulotniły się resztki nadziei. Pewnego tragicznego wieczoru Elizabeth Penderwick zdążyła jeszcze pożegnać się z mężem i córkami. Zmarła przed świtem, trzymając w ramionach śpiącą spokojnie Batty.

O książce

Urocze siostry Penderwick są, jak zwykle, gotowe przeżyć wielką przygodę! Jednak wyzwanie, jakie stawia przed nimi los, nie jest tym, o czym marzyły. Ciotka Claire, siostra pana Penderwicka, uznaje, że najwyższy czas, żeby zaczął umawiać się na randki i poszukał sobie żony i matki dla swoich córek - a to według dziewczynek oznacza jedno: wielką katastrofę. Pomysłowe rodzeństwo musi więc opracować i czym prędzej wprowadzić w życie błyskotliwy Plan Uwolnienia Taty.

Drugi tom przygód czterech sióstr to z werwą napisana książka, której zaletami są przede wszystkim prostota i duża dawka humoru.

O autorce

"Dorastałam na przedmieściach zachodniej Filadelfii, gdzie chodziłam do wspaniałych szkół. Miałam świetnych nauczycieli. Najbardziej lubiłam panią Corkhill, która rozbudzała moją dociekliwość, pana Tremnonte'a, który nauczył mnie kochać i szanować matematykę (Skye by go uwielbiała!), i panią Basehore, uczącą łaciny, której będę (razem z panem Penderwickiem) na zawsze wdzięczna".

o zostaniu pisarką Jeanne Birdsall marzyła już jako dziesięciolatka, jednak swoją pierwszą książkę napisała w wieku czterdziestu jeden lat. Rodzina Penderwicków. Wakacyjna opowieść o czterech siostrach, dwóch królikach i pewnym interesującym chłopcu cieszyła się ogromną popularnością i zdobyła nagrodę National Book Award.

Jeanne mieszka obecnie w Northampton w stanie Massachusetts wraz z mężem, czterema kotami, królikiem, domowym ślimakiem i psem o imieniu Cagney. Więcej o niej można dowiedzieć się na stronie internetowej www.jeannebirdsal1.com

Rodzina Penderwicków
na Gardam Street
Autor: Jeanne Birdsall
Tłumacz: Hanna Baltyn
rok wydania: 2008
ilość stron: 312
rodzaj wydania: miękka
format:140x202 mm
kategoria wiekowa: 8+
numer ISBN: 978-83-10-11564-5

 

MIŚ USZATEK

PIOTRUŚ PAN