|
Polecamy do czytania dla dzieci i młodzieży. Samotne wyspy i storczyk. Anna Onichimowska. Nasza Księgarnia. Fragmenty Książki.
Płyń lepiej, mała, w swoją stronę, przemknęło mi przez głowę, ale zaraz potem zauważyłem jej długie opalone nogi i już nie byłem pewien, czy naprawdę tego chcę. Stłumiłem ziewnięcie i poprawiłem okulary. - Zawsze nosisz ciemne szkła - dodała, nie doczekawszy się odpowiedzi. - Masz coś ze wzrokiem?
Polecamy do czytania dla dzieci i młodzieży. Samotne wyspy i storczyk. Anna Onichimowska. Nasza Księgarnia. Fragmenty Książki.
Rozdział 1
- Cześć! - usłyszałem nagle. Leniwie podniosłem powieki. Musiałem się chwilkę zdrzemnąć. Książka zsunęła mi się z kolan na ławkę. Koło mnie siedziała blondynka. Zupełnie niezła i skądś mi znajoma. - Nie poznajesz mnie? - zmrużyła oczy. Chyba zielone. Spróbowałem zmobilizować szare komórki, ale we wzmagającym się upale nie szło mi najlepiej. - Ależ poznaję, oczywiście - skłamałem gładko. - To jak mam na imię? Płyń lepiej, mała, w swoją stronę, przemknęło mi przez głowę, ale zaraz potem zauważyłem jej długie opalone nogi i już nie byłem pewien, czy naprawdę tego chcę. Stłumiłem ziewnięcie i poprawiłem okulary. - Zawsze nosisz ciemne szkła - dodała, nie doczekawszy się odpowiedzi. - Masz coś ze wzrokiem? Boże, co ją to obchodzi! Zaczynałem się irytować. I nagle, nie wiadomo skąd i dlaczego, przypomniałem sobie długi korytarz, przykurzoną kopię jakiegoś Kossaka na ścianie i stojącą w otwartych drzwiach smukłą postać. - Jesteś siostrą Grubego - stwierdziłem spokojnie. Uśmiechnęła się. Miała coś nie tak z zębami. Pewnie nie nosiła w dzieciństwie aparatu, pomyślałem i zrobiło mi się przykro. Ciekawe, czy jej starzy o tym nie pomyśleli, czy nie mieli forsy, czy też ona sama się nie zdecydowała. Tak czy owak, nawet z tymi zębami była bardzo atrakcyjna. Błądziłem bezpiecznie wzrokiem po jej obutych w lekkie sandałki stopach, lśniącej skórze, króciutkich szortach i opiętym podkoszulku. Nie nosiła stanika. - Przyjęli ci teczkę na Akademię? - spytała. - Dużo o mnie wiesz. Wydawało mi się, że się zmieszała. Wykonała nieokreślony ruch dłonią, jakby to mogło cokolwiek wyjaśniać. - Przyjęli - przyznałem wreszcie. Sięgnęła po leżącą między nami książkę. - Historia koloru w dziejach malarstwa europejskiego - przeczytała głośno. - Przygotowujesz się do egzaminu? Nie, bawię się w Indian, miałem ochotę odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili zmieniłem zamiar. Matka wraca dzisiaj późno, przypomniałem sobie. "Można by to wykorzystać" - podpowiedział mi mój wewnętrzny Głos. Jeszcze raz zmierzyłem ją wzrokiem. - Strasznie gorąco - stwierdziłem mało odkrywczo. - Chyba lepiej przenieść się do chałupy. Mam w lodówce piwo. Wstałem, zgarniając książkę pod pachę. - To cześć. Siedziała nadal. Machała długimi nogami. Nie załapała, zdziwiłem się. - Nie lubisz piwa? - zapytałem. - Umiarkowanie. - W takim razie kupimy po drodze colę. Odpowiada? Wyciągnąłem do niej rękę. Podała mi swoją, kiwnęła głową i uśmiechnęła się znowu. Zerknąłem na zegarek. Czternasta trzydzieści. Mieliśmy dobre cztery godziny. Świat i ludzie, pomyślałem. Zdążymy odstawić parę numerków. Kupiłem dwa litry coli, rum i cytryny. - Skąd masz tyle forsy? - spytała. - W wolnych chwilach napadam na banki, nie wiedziałaś? Spojrzała na mnie uważnie. - Do tej pory nie odpowiedziałeś na żadne moje pytanie. Zawsze tak się zachowujesz? - Zawsze - przyznałem. - Uważasz, że jeśli ktoś pyta o cokolwiek, nawet o to, czy znasz jego imię, jest wścibski? Nie jest głupia, zauważyłem ze zdumieniem, chociaż właściwie nic mnie to nie obchodziło. W łóżku inteligencja nie jest potrzebna. - Daj spokój. Jest tak gorąco, że nie chce mi się gadać. Doszliśmy właśnie do mojego domu. W windzie stanąłem tak blisko niej, że poczułem zapach rumiankowego szamponu i jeszcze coś, chyba bardzo własnego, gorzko-słodkiego. Miałem coraz większą ochotę na seks. - Zrobimy sobie cuba libre - zarządziłem, otwierając drzwi. Weszła pierwsza. Stanęła niezdecydowana, co robić dalej. - Weź prysznic - sięgnąłem do szafki z czystymi ręcznikami. - Nie, dziękuję - potrząsnęła głową. - Przestań się wygłupiać. Pchnąłem ją zdecydowanie w stronę łazienki. Nigdy nie lubiłem spoconych dziewczyn. - Daj mi najpierw coś do picia - poprosiła. Wrzuciłem do szklanki lód i plasterek cytryny, wlałem colę i sięgnąłem po rum. Wyjęła mi napój z ręki. - Tak jest dobrze - powiedziała i wypiła duszkiem. - Ale następny będzie z rumem - zastrzegłem. Wzruszyła ramionami i poszła do łazienki. Po chwili dobiegł mnie szum wody. Dobra jest, pomyślałem, ściągając dżinsy. Grzeczna dziewczynka. Drzwi otworzyłem tak cicho, że odwrócona do mnie tyłem nie usłyszała niczego. Oglądałem przez chwilę jej białe pośladki i biały pasek po staniku na opalonych plecach. Już chciałem jej dotknąć, kiedy odwróciła się gwałtownie. Chwyciła wiszący obok ręcznik, zasłaniając nim swoją nagość. Patrzyła na mnie bez słowa.
- Umyjesz mi plecy? - zapytałem jakby nigdy nic, wchodząc do wanny. Cisnęła prysznic, oblewając wszystko fontanną wody, i wyskoczyła na posadzkę. Chwyciłem ją za rękę. - Co się stało? - spytałem spokojnie. - O co chodzi? Zgorszyłem cię? Nie widziałaś nigdy rozebranego faceta? W wielu cywilizowanych krajach istnieją sauny koedukacyjne, gdzie zupełnie obcy mężczyźni i kobiety przebywają obok siebie na golasa! - Po pierwsze, to nie jest sauna! Po drugie, nie jesteś takim znowu zupełnie obcym facetem! A po trzecie, nie jesteś, w przeciwieństwie do mnie, na golasa! - szarpała się, próbując oswobodzić. - Jak to: nie jestem? - zakręciłem prysznic, puszczając jej rękę. Owinęła się ręcznikiem, wycofując tyłem w stronę pokoju. Szedłem za nią. - Te twoje przeciwsłoneczne okulary! Nawet w łazience ich nie zdejmujesz? - Widzę, że przeszkadza ci to bardziej niż brak slipek... - próbowałem żartować. Wciągała już szorty, kiedy nagle zazgrzytał klucz w zamku i na progu stanęła moja matka. Obrzuciła nas przelotnym spojrzeniem, skupiając się bardziej na mokrych śladach z łazienki i porzuconym na podłodze ręczniku. - Wychodzę jeszcze po zakupy - powiedziała. - Wolałabym, żeby był tu porządek, zanim wrócę. - Sięgnęła na półkę po wiklinowy koszyk i wyszła. - Miała być później - tłumaczyłem, ubierając się pospiesznie. - I tak dobrze, że nas nie nakryła in jlagranti. - Co takiego? - Oczy dziewczyny rozszerzyły się ze zdumienia. - In jlagranti to znaczy "na gorącym uczynku" - tłumaczyłem cierpliwie. - Wiem, co to znaczy. - Była już gotowa do wyjścia. - Zachodzę natomiast w głowę, o jaki uczynek ci chodzi. Przyciągnąłem ją do siebie gwałtownie. - Nie lubisz się kochać? - spytałem. Poczułem, jak zadrżała. Przylgnęła do mojego ciała na wiele dający do myślenia ułamek sekundy, a potem odepchnęła mnie stanowczo. - Cześć - rzuciła przez ramię, naciskając klamkę. - Może szklaneczkę cuba libre na odchodnym? Nie odpowiedziała. Zbiegała już po schodach, kiedy zawołałem za nią: - Jak ty właściwie masz na imię? - Zamknąłem drzwi dopiero, kiedy ucichł odgłos jej kroków. Powiedzmy, że Beata, nazwałem ją na poczekaniu. Bo trudno nawet myśleć o kimś, kto nie ma imienia. Więc chociaż nie zamierzałem sobie zaprzątać nią głowy, nadałem jej imię. Tak sobie, dla porządku, na wszelki wypadek. Pokój był już posprzątany, łazienka też, butelki z rumem i colą stały w lodówce, a ja próbowałem szkicować stojące do góry nogami krzesło. Ołówek smarował po papierze równie często jak gumka. Ciągle miałem straszne kłopoty z perspektywą. Niestety. Na dźwięk przekręcanego klucza zastygłem nieruchorno, a potem włożyłem okulary. Matka. Ciekawe, czy tym razem coś powie, czy swoim zwyczajem będzie udawała, że jest ponad to i że nic ją nie obchodzi. Chociaż coraz częściej wydawało mi się, że ona niczego nie musi udawać... Właściwie dlaczego mi to przeszkadza, zastanawiałem się, walcząc na papierze z ostatnią nogą krzesła, która wyrastała wciąż nie tam, skąd powinna. Przecież to takie wygodne... Wszyscy mi jej zazdrościli. Tego, że tak wygląda i ubiera się jak nastolatka, że daje mi tyle luzu i traktuje jak kolegę. No i tego, że jesteśmy po imieniu. Nie miałem wątpliwości co do motywów postępowania mojej matki. Przepraszam, nie matki, Ireny, bo tak ma na imię. Nawet w myślach powinienem tak ją nazywać, żeby czasami się nie pomylić i nie wymówić słowa "mama" głośno. Byłoby to niewybaczalne. Dodałoby jej lat, które tak skutecznie ukrywa. Czasami chodziliśmy razem do teatru i na wystawy. Nie była nudna, musiałem przyznać, że zawsze miała coś niebanalnego do powiedzenia. Ale peszyły mnie spojrzenia mężczyzn, które przyciągała, i jej starannie wymanicurowana dłoń, ściskająca mnie pod rękę. Chciała uchodzić za moją dziewczynę, to pewne, chociaż nigdy by się do tego nie przyznała. Usłyszałem jej zbliżające się kroki. Udałem pogrążonego w szkicowaniu. Artysta przy pracy. Niemający kontaktu z otoczeniem, nieprzytomny, żyjący własnym wewnętrznym życiem. Jednym .słowem: poza numer jeden, którą stosowałem często i z upodobaniem. Nie zawsze dawała się na to nabrać. - Możesz przerwać na chwilę? - spytała. Z westchnieniem, mającym świadczyć o poświęceniu, jakim jest dla mnie oderwanie się od ulubionego zajęcia, odłożyłem szkicownik. Ołówek cały czas trzymałem w dłoni. Nie paliłem, zapach dYmu papierosowego dusił mnie i brzydził, a dobrze było czymś zająć ręce. Obracałem więc w palcach ołówek, naciskając od czasu do czasu na jego już lekko przytępiony czubek. Troszkę bolało, akurat tyle, ile trzeba, żeby się wiedziało, że się żyje. - Chciałabym z tobą porozmawiać... - zaczęła niepewnie. Jest speszona, zauważyłem ze zdumieniem. Udało mi się czymś ją speszyć. To prawdziwy sukces, naprawdę. - W porządku - wykonałem zapraszający gest, robiąc na zawalonej papierami kanapie trochę miejsca. Ciekawe, czy będzie mówić o odpowiedzialności, czy wypytywać o Beatę, czy raczej prosić, żebym nie przyprowadzał dziewczyn do domu, zastanawiałem się. Właściwie żadna z tych możliwości do niej nie pasowała. - Widzisz, Maciek, czasem w życiu trzeba podejmować bardzo trudne decyzje... - zaczęła. Wszystko, co robimy, ma swoje dalsże konsekwencje. Często staramy się o tym nie pamiętać, ale potem... Nie wiem, jak ci to powiedzieć... rozłożyła bezradnie ręce. Ona jest naprawdę przejęta, pomyślałem z radością. Przejęta czymś, co mnie dotyczy... Postanowiłem spróbować jej pomóc. Wydawała mi się taka krucha i bezradna. - Nie martw się... - w ostatniej chwili powstrzymałem się, aby nie dodać "mamo". Mogłoby to bezpowrotnie zniszczyć doniosłość chwili. - Ta dziewczyna... To nic poważnego... Zresztą do niczego nie doszło... Miałaś wrócić później, no i... - przerwałem na widok bezgranicznego zdumienia w jej oczach. Skrzywiła się nieznacznie. - Ach, ty o tym... - wzruszyła ramionami. Jesteś już pełnoletni, nie zamierzam się wtrącać w twoje sprawy. Oczywiście do momentu, kiedy nie zaczną zagrażać mojemu spokojowi. - No właśnie, o tym mówię - rzuciłem szybko. Nie zamierzasz się wtrącać. Jestem już dorosły. Jeśli tak, zaraz zobaczymy... - Nie wiedziałem, że wrócisz - powtórzyłem. - Następnym razem będę zapraszał dziewczyny tylko do mojego pokoju. Mam w końcu klucz, możemy się zamknąć, to chyba nie będzie zagrażać twojemu spokojowi. Byłem celowo zjadliwy i ironiczny. Chciałem ją sprowokować. Chciałem, żeby na mnie wrzasnęła, żeby się zachowała jak każda inna matka, nawet... nawet żeby mnie uderzyła. "Czekasz na coś takiego od niepamiętnych czasów - przypomniał mi Głos. - I jakoś do tej pory się nie doczekałeś". "Musi to teraz zrobić - odwarknąłem. - Zrobisz to, Irenko, nie wolno ci tego puścić płazem". Ale ona tylko popatrzyła na mnie z czymś w rodzaju rozbawienia i powiedziała spokojnie: - Nie, nie będzie. Byleście za bardzo nie hałasowali... "Nie hałasowali, nie hałasowali" - powtarzałem bezmyślnie to nieco dziecinne określenie i czułem się do obrzydliwości dorosły i nikomu niepotrzebny. Nie udało mi się, znowu mi się nie udało. Ale jeszcze zobaczymy. Pójdę dziś wieczorem na dyskotekę. I przyprowadzę na całą noc jakąś chętną panienkę. Jest tam takich na pęczki. Tylko musi wyglądać wystarczająco wyzywająco, być głośna i w złym guście. No i Irenka musi ją zobaczyć, choćby w przelocie. Zapomniałem już, że chciała ze mną porozmawiać. Odrzuciłem w kąt ołówek. Potoczył się pod szafę. - Wychodzę - oznajmiłem, sięgając po portfel. - Mogę wrócić późno. I to nie sam - dodałem już wbrew sobie. To miała przecież być niespodzianka. Ale nie mogłem się powstrzymać. Nic nie odpowiedziała. Wydała mi się nagle starsza niż zazwyczaj i bardzo zmęczona.
* * *
W klubie było już tłoczno. Przeleciałem wzrokiem towarzystwo, szukając znajomych twarzy. W kącie zauważyłem Kitę z butelką piwa w ręce. Zamachałem do niego. Chyba nie zauważył. Przejrzałem pobieżnie panienki. Na ogół wolałem wysokie, ale tym razem nie to było ważne. Kryteria, które sam sobie wyznaczyłem, miały być sprzeczne z moją estetyką, a tym samym miałem nadzieję - z estetyką Irenki. Wpadła mi w oko mała pękata z mnóstwem plastikowych spinek w rzadkich włosach mysiego koloru. Miała bardzo krótką spódniczkę, siatkowe czerwone rajstopy i opiętą bluzkę w duży wzór na obfitym biuście. Stała pod ścianą z jakąś drugą. Kiedy podszedłem i wyciągnąłem do niej rękę, zachichotała głupio. Dobra jest, pomyślałem. Jest dokładnie taka, jak trzeba. - Zatańczysz? - spytałem. - No, nie wiem... - Udawała, że się waha. - To po coś tu przyszła? - Dobrze, zatańczę... - Przestraszyła się, że sobie pójdę. - Jak masz na imię? - Maciek. Owionął mnie intensywny zapach tanich perfum. Miała niezłe poczucie rytmu i wibrujący cienki śmiech. Przy jakimś wolniejszym kawałku przyciągnąłem ją do siebie. Przylepiła się od razu. - Podobam ci się? - spytała, kołysząc prowokacyjnie biodrami. Mruknąłem w odpowiedzi coś, co mogła przy odrobinie dobrej woli uznać za przytaknięcie, i wsunąłem dłoń pod jej bluzkę. Było co wziąć w rękę, to musiałem przyznać. Wspaniała partia dla niewidomego, pomyślałem, znosząc mężnie jej chichot. Wypiliśmy po dwa drinki, uznałem, że to wystarczy. - Chodź, idziemy... - szepnąłem jej do ucha. - Gdzie? Dobrze, że nie spytała "po co", pomyślałem. Nasz język jest taki ubogi, jeśli chodzi o niektóre określenia. - Do mnie - przyznałem. - Mieszkasz sam? - Niezupełnie. Ale to nie ma znaczenia - rzuciłem szybko. - Mam swój pokój. - No, nie wiem... Nawijała na palec kosmyk mysich włosów. A kiedy zdecydowanie pchnąłem ją ku wyjściu, zaprotestowała nagle: - Poczekaj... - Na co? Szkoda czasu... Próbowałem być uwodzicielski. Poza numer dwa. Playboy zdobywający przebojem wszystko, na co ma ochotę. Nie wychodziło mi chyba najlepiej. Wyraźny brak treningu. - Nawet nie zapytałeś, jak mam na imię... Już gdzieś załyszałem ten tekst. Ach tak, Beata. Dlaczego wszystkie dziewczyny... - Ani co robię. W ogóle o nic nie pytałeś. A teraz chcesz, żebym do ciebie poszła - dotarł do mnie jej rozżalony głos. - No więc powiedz mi wszystko, co uważasz za konieczne, tylko szybko... - stanąłem w znudzonej pozie. - Jesteś drań - usłyszałem. Wbrew swoim słowom przylgnęła do mnie i zachichotała zachęcająco. - Jednym słowem: lubisz drani, tak? - pogładziłem ją po kobiecych wypukłościach. - No to chodźmy... - zagruchała. Nagle poczułem na sobie czyjś wzrok. Odwróciłem się w tamtą stronę. Przy stoliku ozdobionym wazonikiem z plastikową margerytką siedział Gruby w towarzystwie jakiegoś bladego wymoczka, ciemnej dziewczyny w czerwonej sukience i... Beaty. Cholera, pomyślałem. Beata nie spuszczała ze mnie wzroku. A jeśli tak, to tylko, aby dokładnie ocenić moją towarzyszkę. Cholera, pomyślałem znowu i poprawiłem okulary. - No, co z tobą? - moja partnerka zaczynała się niecierpliwić. - Ale jesteś napalona... - rzuciłem, mając nagle nadzieję, że się obrazi i sobie pójdzie. - To chyba dobrze, nie? - odpowiedział mi jej drażniący chichot. Popchnąłem ją do wyjścia tak gwałtownie, aż potknęła się i zawisła ciężko na moim ramieniu. Po drodze trajkotała jak najęta. Pokazywała mi, gdzie pracuje. Chyba był to jakiś sklep albo magazyn, starałem się nie zwracać uwagi na to, co mówi. Wiedziałem już tylko jedno: ostatnią rzeczą, na którą miałem ochotę, było wpuszczenie jej do mieszkania. Do mojego pokoju i do mojego łóżka. Poczułem, że chcę być znowu sam i pomęczyć się nad tą piekielną nogą krzesła, której nie zdążyłem narysować. Pal sześć Irenkę. Sprowokuję ją kiedy indziej. W końcu, kiedy mieszka się pod jednym dachem, okazji ku temu nie brakuje. Machnąłem na przejeżdżającą taksówkę. - Proszę odwieźć tę panią do domu - wcisnąłem taksówkarzowi banknot o wysokim nominale. - Co ty, co ty? - Dziewczyna mrugała wy tuszowanymi na sztywno rzęsami, jakby miała zamiar zaraz się rozpłakać. Zrobiło mi się głupio. - Miałaś rację. Jestem drań - powiedziałem, wpychając ją do taksówki. - Szkoda takiej miłej dziewczyny dla kogoś takiego jak ja... Nie wiem, czy moje wyznanie osłodziło jej to, co zrobiłem. Wątpię. Zatrzasnąłem jednak pospiesznie drzwiczki, ruszając w stronę domu. W pokoju matki paliła się nocna lampka. Pomyślałem, że pewnie leży i nasłuchuje, czy wróciłem sam. Bo przecież niemożliwe, żeby ją to naprawdę nic nie obchodziło. W najgorszym razie istnieje przecież coś takiego jak zwykła ciekawość. Przypomniałem sobie nagle, że chciała ze mną o czymś porozmawiać. No nic, jutro też jest dzień, pocieszyłem się, wchodząc pod prysznic. Stanęła mi znów przed oczami Beata i smukłe plecy z białymi paskami od stanika. A potem jej twarz w klubie, kiedy tak intensywnie mi się przyglądała. Co było takiego w jej wzroku? Pogarda? Nie, to nie to. Rozżalenie? Zazdrość? Szukałem właściwego określenia, analizując wszystko, co zapamiętałem z wyrazu jej twarzy. A pamiętałem zaskakująco wiele. Ciągle coś mi umykało, coś najważniejszego. Chyba muszę znów ją zobaczyć, pomyślałem nagle. I chociaż nie umiałbym powiedzieć dlaczego, poczułem, że to ma znaczenie.
O książce. Od wydawcy
Bohaterem pierwszej części poczytnej serii dla młodzieży jest Maciek. Chłopak kończy liceum, próbuje dostać się na ASP, przeżywa pierwsze miłosne uniesienia... I oczywiście staje przed wyborami, które mogą zaważyć na całym jego życiu. Czy decyzje, jakie podejmie, okażą się właściwe? Nowe, poprawione wydanie bestsellera znanej autorki książek dla dzieci i młodzieży.
O Autorce
Anna Onichimowska. Autorką książek dla dzieci i młodzieży, sztuk teatralnych, telewizyjnych i radiowych. Jest także laureatką prestiżowych nagród krajowych i międzynarodowych. Jej ksiązki były tłumaczone na wiele języków: angielski, włoski, francuski, niemiecki, chiński i koreański i szwedzki. Twórczość Anny Onichimowskiej została wpisana na Honorową listę IBBY. Jest także laureatką nagrody im. Kornela Makuszyńskiego, oraz głównej nagrody w międzynarodowym konkursie teatralnym zorganizowanym przez "The International Association of Lions Club".

Samotne wyspy i storczyk Autor: Anna Onichimowska rok wydania: 2008 ilość stron: 256 rodzaj wydania: miękka format: 122x190 mm kategoria wiekowa: 13+ numer ISBN: 978-83-10-11537-9 http://www.nk.com.pl/engine/index.php?page=ksiazka&id=721
|