|
Polecamy do czytania dla dzieci i młodzieży. Tobi, Timothée de Fombelle.
Tobi mierzył sobie półtora milimetra, niewiele jak na swój wiek. Z dziury w korze wystawały tylko koniuszki stóp. Nie poruszał się. Noc go oblała niczym wiadro wody. Tobi patrzył na niebo usiane gwiazdami. Żadna noc nie była równie czarna, równie błyszcząca jak ta, rozlewająca się w kałużach pomiędzy olbrzymimi rudymi liśćmi.
Polecamy do czytania dla dzieci i młodzieży. Tobi, Timothée de Fombelle.
Ścigany (fragmenty ksiazki)
Tobi mierzył sobie półtora milimetra, niewiele jak na swój wiek. Z dziury w korze wystawały tylko koniuszki stóp. Nie poruszał się. Noc go oblała niczym wiadro wody. Tobi patrzył na niebo usiane gwiazdami. Żadna noc nie była równie czarna, równie błyszcząca jak ta, rozlewająca się w kałużach pomiędzy olbrzymimi rudymi liśćmi. "Kiedy nie ma księżyca, gwiazdy harcują': Tak sobie mówił. Powtarzał także: "Jeżeli w raju istnieje niebo, jest mniej głębokie, mniej wzruszające, tak, mniej wzruszające..:: To wszystko przynosiło Tobiemu ukojenie. Leżał z głową złożoną na mchu. Czuł chłodne łzy na włosach, za uszami. Tobi znajdował się w zagłębieniu w czarnej korze, miał nadwerężoną nogę, pocięte ramiona i włosy we krwi. Ręce piekły go, jakby ktoś wbijał w nie igły, i nie czuł już reszty swego małego ciałka, zdrętwiałego z bólu i zmęczenia. Jego życie zatrzymało się kilka godzin wcześniej. Zastanawiał się, co jeszcze tutaj robi. Przypomniał sobie, jak zawsze do niego mówiono, kiedy wszędzie wtykał swój nos: "T obi, jeszcze tu jesteś!' Teraz sam sobie to powtarzał po cichu: "Jeszcze tu jesteś?': Jednak był żywy, świadomy swojego nieszczęścia większego niż niebiosa. Patrzył na to niebo, tak jak trzyma się za rękę rodziców w tłumie w dniu święta kwiatów. Mówił sobie: "Jeżeli zamknę oczy, umrę': Ale w głębi dwóch zmąconych jezior łez jego oczy ciągle były szeroko otwarte. Wtedy ich usłyszał. I od razu ogarnął go strach. Było ich czworo. Trzech dorosłych mężczyzn i dziecko. Dziecko trzymało pochodnię i oświetlało im drogę. - Nie jest daleko, wiem, że nie jest daleko. - Musimy go złapać, on także musi zapłacić. Jak jego rodzice. Oczy trzeciego mężczyzny świeciły żółtym blaskiem. Splunął i powiedział: - Dorwiemy go, zobaczysz, że zapłaci. Jakby tak móc się obudzić, wydostać z tego koszmaru, podbiec do łóżka rodziców i płakać, płakać... Tobi pragnął, żeby ktoś z nim poszedł, w samej w piżamie, do rozświetlonej kuchni i przygotował mu gorącą wodę z miodem. I ciastka. I żeby mu powiedział: "Już po wszystkim, Tobi, już po wszystkim' Tymczasem drżał cały w swojej dziurze, próbując wciągnąć zbyt długie nogi i ukryć je. Tobi, lat trzynaście, ścigany przez cały lud, jego lud. Ale to, co wówczas usłyszał, było gorsze od nocy pełnej zimna i strachu. Usłyszał głos, który kochał, głos starego przyjaciela Leo Blue. Leo podszedł do niego, kiedy miał cztery i pół roku, by zwędzić mu podwieczorek, i od tego dnia dzielili się wszystkim. Tym, co dobre, i tym, co takie sobie. Leo mieszkał u swojej ciotki. Stracił oboje rodziców. Po ojcu, po El Blue, słynnym poszukiwaczu przygód, pozostał mu tylko bumerang z jasnego drzewa. Wszystkie nieszczęścia pozwoliły Leo Blue rozwinąć wielką siłę. Wydawał się zdolny do najlepszego i najgorszego. Tobi wolał to lepsze: inteligencję i odwagę Leo. Tobi i Leo stali się wkrótce nierozłączni. Przyszedł taki czas, że nazywano ich nawet Tobileo, jakby to było jedno imię. Pewnego dnia, kiedy Tobi i jego rodzice mieli przeprowadzić się na Dolne Gałęzie, obaj, Tobileo, schowali się w usch1ym pączku, żeby się nie rozdzielać. Znaleziono ich po dwóch dniach i trzech nocach. Tobi zapamiętał, że właśnie wtedy, a niewiele razy się to zdarzyło, widział, jak jego ojciec płacze. Ale tej nocy, kiedy Tobi kulił się w dziurze w korze, to nie mógł być ten sam Leo Blue, który stał kilka metrów od niego, dzierżąc w ciemności pochodnię. Kiedy usłyszał, jak jego najlepszy przyjaciel wrzeszczy, Tobi poczuł, że pęka mu serce: - Tobi! Dorwiemy cię! Dorwiemy cię! Głos niósł się z gałęzi na gałąź. Wtedy Tobiemu przypomniało się bardzo wyraźnie pewne wydarzenie. Kiedy był całkiem mały, miał oswojoną mszycę o imieniu Lima. Dosiadał jej, jeszcze zanim nauczył się chodzić. Pewnego dnia mszyca nagle przestała się z nim bawić, mocno go ugryzła i zaczęła nim potrząsać jak szmatą. Tobi właśnie teraz przypomniał sobie ów nagły atak szaleństwa. Z tego powodu rodzice byli zmuszeni odprawić zwierzę. Pamiętał oczy Limy, były jak oszalałe. Zrenice zrobiły się wielkie. Wielkie jak mały staw po deszczu. Matka powiedziała: "Dzisiaj przydarzyło się to Limie, ale któregoś dnia każdy może oszaleć': - Dorwiemy cię, Tobi! Kiedy znów usłyszał ten dziki krzyk, Tobi domyślił się, że oczy Leo muszą być równie przerażające jak oczy oszalałego zwierzęcia. Jak małe stawy, które wezbrały po deszczu. Grupka zbliżała się, uderzając zaostrzonymi kijami o korę, by łatwiej rozpoznać zagłębienia i szczeliny. Szukali Tobiego. Zapanował nastrój przypominający nieco atmosferę polowania na termity, kiedy raz do roku, na wiosnę, ojcowie i synowie wyruszają do odległych gałęzi polować na szkodniki. - Zaraz wyciągnę go z dziury. Głos, który wypowiedział to zdanie, rozległ się tak blisko, że Tobiemu wydało się, iż czuje na sobie gorący oddech. Nie poruszał się, nie miał nawet odwagi zamknąć oczu. Uderzenia kijów zbliżały się do niego w ciemności omiatanej blaskiem ognia. Zaostrzony kij gwałtownie uderzył w korę o jeden palec od jego twarzy. Ciałko Tobiego stężało ze strachu. Ciągle jednak wzrokiem wczepiał się w niebo, które pojawiało się co chwila pomiędzy cieniami myśliwych. Tym razem go dopadli. To już koniec. Nagle nad nim zapadła noc. Rozległ się krzyk pełen złości: - Hej! Leo! Zgasiłeś pochodnię? - Upadła. Przepraszam, pochodnia upadła... - Głupiec! Jedyna pochodnia, jaką posiadali, zgasła. Teraz przyszło im szukać w nocnych ciemnościach. - To nie powód, byśmy przestali. Znajdziemy go. Do pierwszego mężczyzny przyłączył się drugi. Rękami przeszukiwał zagłębienia w korze. Przesuwały się tak blisko, że Tobi czuł nawet, jak powietrze drga przy ich ruchu. Drugi mężczyzna z pewnością coś wypił, ponieważ cuchnął alkoholem, a jego ruchy były gwałtowne i nieporadne. - Sam go złapię. Rozłupię go na kawałki. Innym powiemy, żeśmy go nie znaleźli. Drugi naśmiewał się z kompana: Ten to się nie zmieni. Zeszłej wiosny zabił czterdzieści termitów. Tak, Tobi był dla nich gorszy od termita. Z pewnością będzie J11usiał się zapoznać z zaostrzonym kijem i ogniem. Cienie zawisły nad nim. Już nic nie mogło go uratować. Tobi o mało co nie oderwał wzroku od nieba, dzięki któremu się trzymał. Kiedy zobaczył, jak kij opuszcza się w jego stronę, obrócił się nagle na bok, a myśliwy poczuł pod ostrzem tylko twarde drzewo. Jednak drugi mężczyzna już wsadził rękę do dziury. Oczy Tobiego napełniły się łzami. Zobaczył, jak mężczyzna kładzie grubą łapę tuż obok niego, zatrzymuje ją i przesuwa nieco wyżej, ku jego twarzy. I wtedy Tobi niespodziewanie poczuł, jak opuszcza go strach. Całe ciało ogarnął spokój. Na twarzy pojawił się nawet blady uśmiech, kiedy usłyszał, jak straszny głos szepce z rozkoszą: - Mam. Złapałem go. Wokół zapadła cisza. Pozostali myśliwi zbliżyli się. Nawet Leo Blue milczał, obawiając się, być może, że będzie musiał spojrzeć dawnemu przyjacielowi w oczy. Stali tak, w czwórkę czy piątkę' wokół rannego dziecka. Jednak Tobi nie bał się już niczego. Nawet nie zadrżał, kiedy mężczyzna wsunął rękę do dziury, oderwał coś, skręcając się ze śmiechu i pokazał tamtym. Nastąpiła cisza dłuższa od śnieżnej zimy. Tobi odczuł to tak, jakby rozdarto mu kawałek ubrania. Po chwili w lodowej ciszy rozległy się słowa: - To kora, to kawałek kory. W istocie, mężczyzna pokazał innym kawałek kory. - Ale was nabrałem! Oczywiście że go tu nie ma. Pewnie zmyka do Dolnych Gałęzi. Dorwiemy go jutro. Mruczeli rozczarowani. Poleciały obelgi pod adresem tego, który udawał, że znalazł Tobiego. Cienie oddaliły się pospiesznie, niczym obłok mgły. Echa głosów rozpłynęły się. Wokół znów zapadła cisza. Minęła długa chwila, zanim usłyszał własny oddech. Zanim poczuł ciężar własnego ciała wspartego o ścianę drzewa. Co się stało? Myśli bardzo powoli kłębiły mu się w głowie. Widział każdą chwilę tej tajemniczej minuty. Mężczyzna położył rękę na nim i poczuł tylko drzewo. Urwał kawałek jego kamizelki, biorąc go za kawałek kory. Wszyscy uznali, że to tylko kora. Tak jakby Tobi wniknął w drzewo. Odniósł właśnie takie wrażenie. Drzewo ukryło go pod płaszczem kory. Tobi nagle znieruchomiał. A jeśli to pułapka? Z pewnością. Mężczyzna wyczuł go pod ręką i czekał w ciemności, kilka metrów stąd. Tobi był tego pewien. Myśliwy powiedział przecież, że chce go dostać w swoje łapy, że zmiażdży go jak termita! Pewnie czyha w mroku, aż wyjdzie, i rzuci w jego stronę zaostrzonym kijem. Lęk znowu ścisnął mu gardło. Tobi nie poruszał się. Czekał na choćby najcichszy dźwięk. Nic. Wtedy powoli zdał sobie sprawę, że jest nad nim niebo. Że ciągle jest z nim gwiezdny towarzysz, który zdaje się patrzeć na niego tak wieloma oczami. Poczuł pod sobą ciepło drzewa. Był koniec lata. Gałęzie zgromadziły łagodne ciepło. Tobi znajdował się jeszcze w Wysokich Gałęziach, w rejonach, gdzie słońce świeci od rana do wieczora, wydobywając zewsząd zapach świeżego chleba, zapach chleba z liści, chleba upieczonego przez jego mamę, nacieranego pyłkiem. Tobi dał się ukołysać woni, która go otaczała i uspokajała. Zamknął oczy. Zapomniał o strachu, o szaleństwie Leo, zapomniał, że jest zwierzyną łowną dla myśliwych, że przeciwko niemu są ich tysiące. Dał się ponieść fali czułości, łagodnej mgle nazywanej snem. Zapomniał o wszystkim. O drżeniu, o samotności, niesprawiedliwości, o wielkim DLACZEGO, które z łomotem odzywało się w nim od wielu dni. Wszystko odeszło w niepamięć. Jednak ostało się jedno maleńkie miejsce, zachował je wolne. Przeznaczone było dla jedynego marzenia, któremu pozwoli przebywać we śnie. Ktoś był w tym marzeniu. Elisza.
O książce
Niezwykła baśń dla dzieci, międzynarodowy bestseller, który ma szansę stać się "nową klasyką" na miarę Muminków czy Hobbita.
12-letni Tobi ma tylko półtora milimetra wzrostu. Jest jednym z mieszkańców potężnego Drzewa. Mali ludzie żyją w dziuplach i szczelinkach na gałęziach, jeżdżą na oswojonych mrówkach, wykorzystują do pracy ogromne chrząszcze, bronią się przed niebezpiecznymi dla nich potworami takimi jak pająki, ważki czy... biedronki!
Tobi spędza na Drzewie beztroskie chwile, ale pewnego dnia szczęście nagle dobiega końca: jego ojciec, genialny naukowiec, dokonuje odkrycia, które może ułatwić życie mieszkańcom Drzewa, ale spowoduje jego wyniszczenie. Naukowiec nie chce podzielić się swoją wiedzą. Dochodzi do porwania... Chłopiec zrobi wszystko, by uratować ojca. Stawką jest również uchronienie Drzewa przed katastrofą ekologiczną. Rozpoczyna się wspaniała przygoda od wilgotnych korzeni po najwyższe gałęzie.
Tabi to książka wyjątkowa: porywająca powieść przygodowa rozgrywająca się w oryginalnym świecie ogromnego dębu, a zarazem rozsądny głos w. obronie natury przed niszczycielskim działaniem cywilizacji.
Timothee de Fombelle (1973), jest z wykształcenia literaturoznawcą. Mieszka w Paryżu. Tabi jest jego debiutancką powieścią, za którą otrzymał prestiżowe nagrody Prix Saint-Exupery(2006) oraz Prix Sarcieres (2007). Prawa do powieści sprzedano do 25 krajów.
Powieść ukazała się w księgarniach na tydzień przed światowym Świętem Drzewa, które jest obchodzone 10 października. Kolejny tom z przygodami Tobiego zostanie wydany na początku 2009 roku.
Timothée de Fombelle Tobi („Tobie Lolness”) Tłumaczenie: Janina Błońska, Krzysztof Błoński Oprawa miękka Wydanie: pierwsze ISBN: 978-83-240-1035-6 Redaktor: Katarzyna Janusik Rok wydania: 2008 Format: 155x238 Ilość stron: 304 Wydawnictwo: Znak |