|
Polecamy do czytania dla dzieci i młodzieży. Jeanette Winterson. Dom na krańcu czasu. Fragmenty książki.
Pewnego letniego poranka o godzinie szóstej czterdzieści pięć przez most Waterloo przejeżdżał czerwony londyński autobus. Z tyłu siedziała grupka dzieci jadących do szkoły. Jedne odpisywały od siebie nawzajem zadania, inne biły się między sobą.
Polecamy do czytania dla dzieci i młodzieży. Jeanette Winterson. Dom na krańcu czasu. Fragmenty książki.
Tornado Czasu
Pewnego letniego poranka o godzinie szóstej czterdzieści pięć przez most Waterloo przejeżdżał czerwony londyński autobus. Z tyłu siedziała grupka dzieci jadących do szkoły. Jedne odpisywały od siebie nawzajem zadania, inne biły się między sobą. Nagle któreś z nich popatrzyło przez okno, za rzekę, w stronę Iglicy Kleopatryl i zobaczyło coś bardzo dziwnego. Chłopiec trącił łokciem kolegę. Ciemny staroegipski niby-palec jak zawsze wskazywał wprost w niebo, ale tego dnia jego czubek lśnił czerwono, dokładnie jak cztery tysiące lat temu, gdy nowy, pomalowany, wspaniały, upiększał Świątynię Słońca. - Patrz - powiedział pierwszy chłopiec. - Patrz! Rzeką, niby drogą, pędziła falanga rydwanów i jeźdźców. Białe konie stanęły dęba, strusie pióra na ich łbach podniosły się i opadły. Wojsko zatrzymało się, przed szereg wystąpili niewolnicy z wachlarzami, nad rzędem klęczących kapłanów wyrosła sylwetka samego faraona, który stojąc na najzłocistszym z rydwanów, spoglądał na swój najnowszy pomnik. Inni pasażerowie też się odwrócili, by popatrzeć na tę fatamorganę, kierowca lekko zwolnił, ale nie zatrzymał się. za to jakby zatrzymał się czas. W spowolniałej nagle ciszy nikt nic nie mówił, nic się nie poruszało. 1Ylko rzeka - która teraz wyglądała, jakby płynęła wstecz. Wtedy w dole rzeki dał się słyszeć straszliwy huk, jakby rozdarło się niebo. Na autobus runął wirujący stożek wiatru i przewrócił go na bok na nawierzchnię mostu. Odłamki szkła posypały się w stronę siedzących dzieci. Autobus powinien był teraz spaść do rzeki, ale przez wybite okna wleciał do środka wiatr, który poniósł pojazd wysoko nad mostem, w stronę obelisku. O kamienne przęsła mostu uderzyła wielka fala wody, krusząc betonowe fundamenty nabrzeża. Potem równie nagle opadła, rzeka znów popłynęła normalnym biegiem i w tej samej chwili autobus runął wprost na rząd rydwanów. W jednej chwili zniknęły i rydwany, i jeźdźcy, i autobus. Pozostały po nich tylko krwawozłote odblaski na powierzchni wody. Big Ben2 wybił siódmą.
Kilka dni później policja znalazła zeszyt unoszący się na powierzchni Thmizy. Był podpisany nazwiskiem jednego z chłopców z autobusu. Kartki były grube, jakby z pergaminu, i zapisane nie po angielsku, lecz małymi rysunkami długonogich ptaków i obróconych bokiem postaci, na które spoglądało z góry oko wielkiego boga Ra. Autobus i pasażerowie zniknęli. Było to pierwsze Tornado Czasu.
Słynny dzwon na wieży zegarowej w londyńskim pałacu Westminsterskim, który stoi w samym centrum miasta, nad Thmizą.
Gość
Dokładnie o godzinie szesnastej trzydzieści Abel Darkwater wjechał swym rolls-royce'em silver cloud w bramę posiadłości o nazwie TImglewreck. Abel Darkwater nigdy się nie spóźniał - chyba że chciał się spóźnić. Jego zegarek też nigdy się nie spóźniał - chyba że Abel Darkwater tak chciał. Są ludzie, którym zawsze brakuje czasu, ale Abel Darkwater miał czasu, ile chciał - no, prawie tyle, ile chciał. Chodziło właśnie o to "prawie" - i właśnie dlatego odwiedzał 'Ianglewreck.
Poprowadził wielkie auto długim, zaniedbanym podjazdem. Zerknął na okrągłe zegary na desce rozdzielczej. Prędkościomierz informował go, że jechał z prędkością dokładnie dziesięć mil na godzinę. Obrotomierz wskazywał trzydzieści obrotów na minutę. Świecący zegar upewniał go, że zjawił się punktualnie, a Wiecznik zatrzymał się na roku 1588 - dacie budowy 'Ianglewreck. Abel Darkwater sam wynalazł i wykonał Wiecznik. Urządzenie to wskazywało poza miastem wiek kamieni, łupków czy gliny, mówiło mu, jakie dinozaury tędy wędrowały albo kiedy na smaganych deszczem skalnych występach tkwili tu wygłodniali myśliwi, by rzuconym z góry głazem przygnieść dzika. Wiecznik wykrywał fale promieniotwórcze - słabe, lecz wyczuwalne echa czasu. Abel Darkwater wiedział, że czas jest zawsze teraźniejszy, tylko że jego kolejne warstwy skrywają się pod tym, co ludzie określają słowem "teraz". Dziś leży na wczoraj, wczoraj na przedwczoraj i tak dalej w głąb warstw historii, aż stają się one tak grube, że dobiegające z nich głosy zmieniają się w szepty. Abel Darkwater słuchał tych szeptów i rozumiał je. A teraz znalazł się przed Tanglewreck. Dom opowiadał mu o początkach własnej przeszłości - czyli o dniu, w którym był świeżo wybudowany, gdy Teraz było Kiedyś, a Kiedyś było Teraz. Abel Darkwater chętnie by posłuchał tej opowieści, ale miał tu sprawę do załatwienia - sprawę niecierpiącą zwłoki. zatrzymał się pod biało-czarnym szachulcowym domem i wyłączył silnik. Wskazówki zegarów opadły na zero. Powoli wygramolił się z samochodu i spojrzał na ciężki złoty zegarek kieszonkowy: wskazówka godzinowa pokazywała czwartą. Minutowa - trzydzieści pięć po. Sekundowa przemieszczała się szybko od czterdziestki do pięćdziesiątki. Czwarta wskazówka, czerwona, ostrzegawczo ustawiła się na godzinie jedenastej. Abel Darkwater spojrzał w kierunku, który wskazywała. I rzeczywiście - zobaczył w oknie jakąś twarz. Twarz zniknęła. Abel Darkwater uśmiechnął się, jednak trudno byłoby nazwać ten uśmiech przyjemnym lub miłym. Wreszcie uniósł kołatkę w kształcie aniołka.
Silver odsunęła się od okna. Wiedziała, po co przyjechał. Z dołu, z sieni, dobiegł ją krzyk pani Rokabye: - Silver! Chodź tu zaraz, w tej chwili!
Silver zbiegła po schodach wprost na skrzyżowane na piersiach ręce pani Rokabye, jej ziejące jak krater usta i toczące się z nich słowa. - Patrz, jak ty wyglądasz! Silver popatrzyła, jak wygląda, w wielkie lustro w sieni. Włosy miała rude, kręcone, sterczące na wszystkie strony - chyba że zaplotła je w warkoczyki. Oczy zielone, nos prosty, twarz piegowata. Silver była mała. Mała i nieporządnie ubrana, ale trudno o porządny strój, gdy haruje się przez cały dzień. - Idź do piwnicy, dorzuć węgla do pieca. Myślisz, że ja to za ciebie zrobię? - Nie, proszę pani. - No właśnie! Ja tu się męczę, żebyśmy miały jakąś przyszłość. Beze mnie nie będziesz mieć przyszłości! Gdyby nie ja, poszłabyś do domu dziecka! Chcesz? - Nie, proszę pani. - No właśnie! Kiedy sobie pomyślę, jak się poświęciłam, przyjeżdżając tu, żeby się tobą zająć! Ja przecież ofiarowałam ci najlepsze lata swojego życia. I to z czystej dobroci. A ty tak mi się odwdzięczasz? Myślisz, że lubię tu mieszkać? - Nie, proszę pani. - W tym wielkim, rozpadającym się, pełnym przeciągów okropieństwie? W Manchesterze miałam śliczny dom, z miękką wykładziną, centralnym ogrzewaniem, mogłam spotykać się ze znajomymi w pubie, a tu na co mi przyszło? Marnuję się tu z tobą, w tej ruinie, na tym wichrowym wzgórzu! - lak, proszę pani! - Pan Darkwater... Pamiętasz go? Okazał się prawdziwym przyjacielem po tej... tragedii, wypadku, nieszczęściu. Kupił od nas zegar i parę małych zegarków, żebyśmy mogły spłacić długi twojego ojca. - tak. Zabrał mi ten nocny zegar, który schowałam. - Ależ z ciebie dziecko! Żyłyśmy potem za to przez rok. - Pani żyła... - Co takiego? Pani Rokabye patrzyła na Silver oczyma wąskimi jak sztylety. Mogło się to dla dziewczynki źle skończyć, ale w tej samej chwili rozległo się stukanie do drzwi. Pani Rokabye przygładziła i tak już gładko spięte włosy i szybko wyciągnęła puderniczkę, by upudrować nos. Efekt końcowy tego zabiegu był taki, jakby kurz osiadł na kamieniu. - Jest! Szybko, szybko, idź do piwnicy i nie wychodź, póki cię nie zawołam. Bigamista cię przypilnuje. - tak, proszę pani. (…)
O książce
Pierwsza powieść dla dzieci znakomitej pisarki brytyjskiej, autorki takich książek, jak: Zapisane na ciele, Nie tylko pomarańcze, Namiętność. Niezwykła opowieść o czasie, która rozgrywa się w wielu miejscach i różnych epokach – od starożytnego Egiptu po nieznaną planetę w odległej przyszłości.
Z zapartym tchem śledzimy losy dziewięcioletniej dziewczynki Silver uwikłanej w niesamowitą historię opowiadającą o walce o posiadanie Czasomierza, czyli o absolutne panowanie nad czasem. Świetnie skonstruowaną fabułę dodatkowo wyposażono w elementy teorii fal, czarnych dziur i fizyki cząsteczkowej, nie zatracając przy tym baśniowych cech. Cała historia rozpoczyna się w Londynie, kiedy w czasie zachodzi podobne zjawisko jak globalne ocieplenie - powstają niewytłumaczalne Tornada Czasu... (Od wydawcy)

Jeanette Winterson Dom na krańcu czasu (Tanglewreck) Tłumaczenie: Jan Rybicki Oprawa miękka Wydanie: pierwsze ISBN: 978-83-240-0997-8 Opracowanie graficzne: Robert Kleemann Rok wydania: 2008 Format: 136 x 205 mm Ilość stron: 216 Wydawnictwo: Znak |