|
Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk. Historia ze Świętym Mikołajem i mlecznymi zębami
Zula oparła brodę na rękach i przypatrywała się mamie, która mieszała coś w dużym garnku. - Wcale mi się tu nie podoba - wypaliła. - Tak? - zdziwiła się mama - Dlaczego? Macie teraz tyle miejsca i wszystko jest takie świeże, pachnące drewnem.
Rozdział pierwszy, w którym Zula obraża się na całą rodzinę i wynosi z domu.
Zula oparła brodę na rękach i przypatrywała się mamie, która mieszała coś w dużym garnku. - Wcale mi się tu nie podoba - wypaliła. - Tak? - zdziwiła się mama - Dlaczego? Macie teraz tyle miejsca i wszystko jest takie świeże, pachnące drewnem. Właśnie przeprowadzili się do nowego, dużego domu, który wciąż jeszcze pachniał farbą i w którym głosy odbijały się od pustych ścian. - Zwłaszcza to błoto przed domem - zauważyła Zula. - To zwłaszcza jest świeże i pachnące, jeżeli chcesz wiedzieć! - Na wiosnę zrobimy trawnik - ciągnęła mama - a błota teraz nie ma, bo jest mróz i wszystko stwardniało. Patrz - odsunęła firankę - pada śnieg! Dopiero listopad! Święty Marcin jedzie na białym koniu. Wiesz? Tak się mówi. Rzeczywiście sypało. Szarość za oknem kotłowała się z płatami śniegu. - U Franciszki to jest trawnik i lampki w ogrodzie - nie zrażała się Zula. - Dlaczego ty - wymierzyła w mamę wskazujący palec - nie możesz być radną, tak jak mama Franciszki, albo otworzyć supermarketu, jak jej tata? - A po co miałabym robić akurat takie rzeczy? - zdziwiła się mama. - Bo u nas zawsze takie dziadostwo! - wyłuszczyła Zula. Franciszka ma DVD, a my co? Franciszka ma komputer tylko dla siebie, a my co? Tata Franciszki jeździ beemą, a my? U Franciszki w salonie jest barek i skórzane sofy, dywan -wyliczała - podgrzewana podłoga w łazience. Wiesz, gdzie Franciszka była na wakacjach? - Słuchaj no, Zula. - Mama pokręciła głową, jakby sama nie mogła czegoś pojąć. - Zrozum. Wprowadziliśmy się do nowego domu. Powoli go urządzamy. Nie można mieć wszystkiego od razu. - Niektórzy mogą! - przerwała Zula. - Niektórzy może tak, ale nie wszyscy - westchnęła mama. - A w ogóle, kto powiedział, że trzeba mieć wszystko? Nie ma takiego przymusu! Na razie mamy to, co najpotrzebniejsze, i dobrze. Patrz, tata zrobi kiedyś kominek i nasz salon też będzie piękny. Obiecanki cacanki - burknęła Zula. - Normalni ludzie biorą do tego firmę... Mama na szczęście nie usłyszała tej uwagi. Szum wody z kranu zagłuszył słowa Zuli. - A swoją drogą, żal mi tej Franciszki - rzuciła sponad zlewu. - Przydałaby się jej siostra albo brat! - Dobrze jej! Ja wcale nie chcę mieszkać z tą zasmarkaną wariatką! Dlaczego Michał i Ajka mają osobne pokoje? To niesprawiedliwe! - Może byś się czymś zajęła - przerwała jej mama. - Klara i Michał coś tam rysują na górze. Pójdź lepiej do nich. - Nie chce mi się bawić z tymi przedszkolakami. - Machnęła ręką Zula. Była już w drugiej klasie i postanowiła odciąć się raz na zawsze od towarzystwa małoletniego rodzeństwa. - Mamy jakieś soki do picia? - Mogę ci zrobić herbatki - zaoferowała mama. - Wiedziałam! - obwieściła z tryumfem. - U Franciszki to kupują całe kontenery i to się tam po prostu wala. Ja na twoim miejscu otworzyłabym hurtownię z sokami. Ludzie ?y to kupowali dla swoich dzieci. Przynajmniej ci, którym Jakoś idzie - zakończyła jadowicie. - Wiesz co, Zula? - Mama przejechała sobie łyżką po twarzy, malując na policzku pomidorową smugę. - Idź mi lepiej z tej kuchni. Zajmij się czymś, czym chcesz, ale idź sobie! - Ciekawe czym - mruknęła Zula - skoro nawet nie chcesz mi kupić tamagotchi. Franciszka to ma już siedem... O, wiem - ożywiła się nagle - pokażę coś Franciszce. Daj mi te moje mleczaki, co są w puszce po kawie. Daj mi tę puszkę z szafki! - W puszce po kawie? - zdziwiła się mama. - Przecież trzymałaś je w pudełku od zapałek, takim zaznaczonym kółeczkiem.. . - Trupią czaszką - sprostowała Zula. - Przecież je przełożyłam z tego pudełka! Już dawno je wyjęłam i schowałam do puszki, którą sobie zamówiłam. - Wlepiła w mamę czarne, łyskające spod jasnej grzywki oczy. - O Boże! - jęknęła mama. - Wydawało mi się, że to Klara zamówiła sobie tę puszkę. Dajcie mi wszyscy święty spokój! - Klara! Klara! - Schody zatrzęsły się pod krokami. - Kto mi ukradł moje zęby? Oddawaj puszkę! - Przecież masz zęby - zaśmiał się czteroletni Michał. - Możesz sobie drugie pożyczyć od dziadzia! Razem ze starszą o dwa lata Klarą klęczeli na podłodze nad kartonem do połowy pokrytym malowidłem. Zula odepchnęła braciszka i przeszła po obrazku, zostawiając za sobą czerwone ślady z farby. Dopadła Klary i wykręciła jej rękę. - Złodziejka! Dawaj puszkę albo też ci coś wezmę! - Mój Mikołaj! - płakała mała. - Rozdeptałaś mu płaszcz! Michał jednym susem znalazł się przy napastniczce. Złapał ją za nogę i wszyscy troje runęli na podłogę. Do pokoju wbiegła mama, zaniepokojona hałasem. _ Co się tu dzieje? Co wy wyprawiacie? _ Cicho! - Z sąsiedniego pokoju wyjrzała głowa Ajki, najstarszej siostry. - Mamo, powiedz im coś, bo nie mogę się skupić. Czytam lekturę na jutro, a te palanty wrzeszczą! _ Sama jesteś palant! Mama rozdzielała tymczasem splątaną grupę. _ uspokójcie się! - wzywała. - Zula, posłuchaj! To pewnie ja wyrzuciłam tę twoją puszkę. Przez przypadek. Robiłam porządki. Myślałam, że zęby są w pudełku. Przepraszam, skąd mogłam wiedzieć? Zula znieruchomiała. Znalezioną na podłodze kostką do gry cisnęła w młodszą siostrę. - Nie cierpię was! - wybiegła z pokoju. - Jesteście głupi! Wszyscy! Wyprowadzam się - obwieściła, zbiegając na dół.
Pokręciła się chwilę po kuchni. Człowiek, który ucieka z domu, musi wziąć ze sobą jakiś prowiant. Nigdy nie wiadomo, jak długo go nie będzie. Coś małego do przegryzienia, dopóki się jakoś nie urządzę - pomyślała. Podniosła pokrywkę czerwonego, bulgocącego garnka. Fu! Jakieś zupsko z jarzynami. A w drugim? Ele - szpinak. Popatrzyła chwilę na zielone wulkany, eksplodujące jeden po drugim na powierzchni. Smacznego! Coś obiecująco skwierczało jeszcze w piekarniku. Oho! Półmisek pełen pierogów pływających w maśle. To one tak miło pachną. - Wciągnęła zapach przysmażonej cebulki. - Biorę! Wyjęła z kredensu ulubioną miseczkę "z panami" - nazyńko przyozdobione Chińczykami w trójkątnych kape~uszach. Naładowała pierogów. Przykryła spodeczkiem i wsadziła swój łup do foliowego woreczka. Z szafy w holu wydobyła plecaczek i wpakowała zawiniątko do środka. Kurtka, buty, czapeczka z rogami łosia - prezent od babci - i można iść. Otworzyła drzwi. Podmuch lodowatego wiatru wepchnął ją z powrotem. Pieska pogoda! Jak tu wystawić nos na taki wiatr? - O, wiem! - oświeciło ją nagle. - A po co mam się w ogóle gdzieś tłuc? Posiedzę sobie na strychu. Może na zawsze tam zamieszkam? - rozmarzyła się. - Niech mnie szukają po całej okolicy, niech się martwią, a ja tymczasem zrobię tam sobie mały zamaskowany pokoik. Będę tylko schodziła w nocy po zapasy. - No - pomyślała - mogę się nawet zapisać do wieczorowej szkoły, żeby mi się nie nudziło. (Zula dosyć lubiła się uczyć.) Potem na wieczorowy uniwersytet, a później dostanę Nagrodę Nobla. Wtedy zejdę z tego strychu w olśniewającej sukni i wówczas... zrobi im się okropnie głupio, jak mnie zobaczą, będą płakali, i prosili, żebym z nimi została... a ja powiem im, że niestety nie chcę mieszkać ze złodziejami cudzych puszek w tym brzydkim, niewykończonym domu (oczywiście pod moją nieobecność nic się w nim nie zmieni), nie zamierzam patrzeć na te ohydne, twarde meble, które tata sam robi w warsztacie, i wyprowadzę się do willi pełnej skórzanych kanap, dywanów i palm. Podłoga będzie podgrzewana, a w ogrodzie basen i fontanna. I za moje miliony kupię sobie wszystko, co tylko będę chciała ze sklepu z zabawkami, a samych tamagatchi sto albo dwieście. - Sto albo dwieście! - powtórzyła z mocą i cichutko, żeby nikt nie usłyszał, zawróciła na schody. - Może, może kupię jeszcze mamie wyciskacz do czosnku, ale to będzie zależało od niej samej... jeżeli sobie zasłuży! - Przystanęła na I moment za drzwiami dziecinnego pokoju. Nadal dobiegał stamtąd płacz Klary i podniesiony głos mamy. - Figę. - Pokazała drzwiom język. Jeszcze dwa biegi schodów i znalazła się na strychu.
O książce
Święty Mikołaj ma wielki problem - zaginął jego renifer i sanie zostały unieruchomione, a trzeba rozwieźć prezenty. Dwie rezolutne dziewczynki, Zula i Franciszka, postanawiają mu pomóc i odszukać ważną zgubę. To wyzwanie jest trudne i dziewczynki na drodze do celu muszą pokonać wiele perypetii. Autorką tej zabawnej książeczki jest Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk, córka Jana Józefa Szczepańskiego, a zilustrowała ją jego wnuczka, Joanna Kowalczuk. Doskonały prezent świąteczny. (od wydawcy)

Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk Historia ze Świętym Mikołajem i mlecznymi zębami Oprawa twarda Wydanie: pierwsze ISBN: 978-83-240-1060-8 Redaktor: Maria Makuch Opracowanie graficzne: Olgierd Chmielewski Rok wydania: 2008 Format: 145x185 Ilość stron: 104 Wydawnictwo: Znak
|