| niedziela, 21 września 2008 00:08 |
|
Utopiec jest postacią baśniową najbardziej znaną na Śląsku Opolskim; baśni o nim jest bardzo wiele u ludu w tamtych stronach, szczęśliwie przetrwały one do naszych czasów. Był to jegomość bardzo interesujący, umiał przybierać różne postacie, z których najbarwniejsze przedstawiono w początkowych baśniach zbioru.
Fragmenty (Posłowie) "Sztolnię w Sowich Górach" uważać można za drugi tom wydanego przez Naszą Księgarnię w roku 1959 zbioru baśni pod tytułem. "Miedziana lampa". W "Miedzianej lampie" zebrane są bowiem utwory tematycznie związane z życiem i pracą górnika na Śląsku Czarnym (tak nazywamy przemysłową część Górnego Śląska), w "Sztolni w Sowich Górach" baśnie i opowieści nawiązują do życia, pracy, zwyczajów i wierzeń ludu na Śląsku Białym i Śląsku Zielonym, a więc w okolicach rolniczych i pasterskich zarówno Śląska Górnego, jak i Dolnego. Jeśli wspomina się tu o górnictwie, to już bardzo dawnym, na pół legendarnym. Rudy bowiem, złoto i srebro zaczęto wydobywać na Dolnym Śląsku znacznie wcześniej niżeli węgiel na Górnym. Pochodzenie baśni w obu zbiorach jest podobne. Wątki ich, czyli główne zarysy treści, zasłyszane są od ludu i zapisywane w ciągu wielu lat. Niełatwo bowiem dotrzeć do tych wątków: baśnie polskie, zwłaszcza w okolicach przez czas długi oderwanych od Macierzy, zanikały, wikłały się po prostu i plątały z innymi, nie ludowymi i niepolskimi. Niekiedy czas tak zatarł kontury wątku, że trudno było dokonać opracowania, stąd baśni w obu zbiorach nie jest wiele, ale te, które są, każda po swojemu, łączą się ściśle z kulturą ludową różnych okolic Śląska. Postacie ze świata baśni, jak utopiec, wodne panny, Król Wężów i piędzimężyk, a również Skarbnik, wyprowadzić można, jak się zdaje, z dawnych wierzeń już nie tylko polskich, lecz słowiańskich. Obecność tych postaci w ludowych baśniach śląskich świadczy o rodzimości i trwałości kultury słowiańskiej na Śląsku. Utopiec jest postacią baśniową najbardziej znaną na Śląsku Opolskim; baśni o nim jest bardzo wiele u ludu w tamtych stronach, szczęśliwie przetrwały one do naszych czasów. Był to jegomość bardzo interesujący, umiał przybierać różne postacie, z których najbarwniejsze przedstawiono w początkowych baśniach zbioru. Jak z postacią Skarbnika na górniczym Śląsku, tak z utopcem na rolniczym wiążą się pewne zasady moralnego postępowania człowieka. Warto podkreślić, że utopiec - władca rzeki - wpada w gniew, jeśli flisacy, czy po prostu ludzie podróżujący łodziami, przewożą wodą dobro kradzione. Wywraca łodzie i topi żeglarzy, a więc karze tych, którzy w jego królestwie popełniają złe uczynki. W okolicy Bielska jeszcze i dziś można posłyszeć nazwę "mąż wodny" - podobnie jak "wodne panny". Postacie te zamieszkują strumienie i jeziorka górskie. Sprzyjając ludziom dobrym, pomagają zwłaszcza sierotom i biedakom. Pijanice i złodziei nękają wszakże przemyślnymi figlami i do strachu wielkiego przywodzą. W wierzeniach ludu śląskiego występuje także ubożę ikraśniczka. Ubożę nazywają również piędzimężykiem. Opiekuje się on miejscem pracy człowieka, troszczy o narzędzia i samą pracę ułatwia. Niekiedy strzeże domu i całego obejścia, chętnie kosztując okruchów chleba i mleka lub miodu z miseczki. Kraśniczki zaś pomagają niewiastom w robotach domowych, zwłaszcza w pieczeniu chleba i pierników. Podanie ludowe głosi, że to od nich opolanki i raciborzanki nauczyły się piec słynne swe pierniki, a także sporządzać do wypieku piękne i oryginalne formy, które - niekiedy bardzo stare - przechowywane są po muzeach w wielu miastach Śląska. Król Wężów nie tylko występuje w baśniach beskidzkich; udało mi się posłyszeć o nim również na Dolnym Śląsku. Powiadają, że chętnie zamieszkuje on podziemia niektórych starych piastowskich zamków, strzeże klejnotów, które niegdyś polskie księżniczki zakopały w ziemi przed Tatarami, a jeśli gdzieś w okolicy trafi się zdolny grajek, to Król Wężów zawsze przychodzi go posłuchać, a w razie jakiegoś zmartwienia czy kłopotu po przyjacielsku pomaga. Pisarze bardzo wiele materiałów i pomysłów zawdzięczają starym ludziom, którzy przechowują w pamięci to, czego nie zapisano w książkach, i przechowują trwale, a potem chętnie przekazują swe wiadomości innym. Kiedy sędziwa wrocławianka, Walentyna Kubisz, w kilku fragmentach zdołała przypomnieć sobie tytułową baśń zbioru "Sztolnia w Sowich Górach", miała skończone dziewięćdziesiąt cztery lata. Opowiadała ją w roku 1952, a usłyszała sama po raz pierwszy chyba jeszcze w tych czasach, kiedy na Dolnym Śląsku dopiero zaczęto budować kolej żelazną. Jakże to dawno! Jak wiele zmieniło się na świecie od tych lat, w których dziewczynka Walentyna w jakieś niedzielne popołudnie usłyszała tę baśń od starych kobiet w maleńkiej wtedy wiosce Tworóg. Miłosz nazywał się wówczas Ligierz. Może to zmienione po ludowemu imię Eligiusz? Może dawny Walgierz ze starej kroniki? Aby to ustalić, trzeba przeprowadzić osobne badania naukowe i może kiedyś rzeczywiście ktoś z uczonych ludzi zwróci uwagę na ciekawe i rzadkie imiona osób występujących w baśniach. Oprócz Walentyny Kubisz wiele ciekawych rzeczy opowiedziała mi nieżyjąca już dziś, droga i niezapomniana staruszka, Rozalia Kania z Siemianowic. Dlatego wspomina się o nich obu w posłowiu serdecznie i wdzięcznie, dlatego ich imiona powinni znać czytelnicy "Sztolni w Sowich Górach". (Autorka) O książce Darmo by teraz szukać owej sztolni w Sowich Górach. Zasypały ją głazy, zarosły cierniste krzewy i bujne, zielone mchy. Nie znajdziemy też w tych górach złota, bo przed wiekami już wyczerpały się jego zasoby na ziemiach Dolnego Śląska. O tym, że było ono tam kiedyś, mówią nam nie tylko stare dokumenty lub nazwy miast, takich jak Złotoryja. Mówi nam o nim również stare podanie i prawie zapomniana już baśń.
Sztolnia w Sowich Górach. |




