|
Skała Trzech Kotów, najnowsza książka ks. Łukasza Kamykowskiego,
to niezwykła opowieść o tajemniczych zbrodniach, odkupieniu win i przebaczeniu, którą z przyjemnością przeczytają i mali, i duzi. Mówią, że beskidzkie lasy kryją wiele tajemnic, że czas może się w nich zatrzymać, rzeczywistość połączyć z baśnią i snem. Można tam ponoć spotkać czarnego rycerza na koniu i jego giermka, którzy od niepamiętnych czasów krążą po puszczy i dawno już zapomnieli, kim są i skąd przyszli.
Rycerz i jego giermek wiedzą tylko, że muszą unikać spotkania z ludźmi. Starzy górale mówią, że pewnie brali udział w bitwie wojsk króla Jana Kazimierza ze Szwedami pod Skałą Trzech Kotów. Nikt już jednak nie potrafi wskazać, gdzie jest ta skała... Jednak pewnego dnia rycerz i giermek napotykają ciekawskiego i bystrego chłopca, Krzysia, i jego wujka, a spotkanie to okazuje się dla wszystkich początkiem niezwykłej przygody...
Fragmenty
U Kociej Mamy
Dwa kruki pomknęły między czubkami drzew wprost na Jaworowy Przysłop. Jeden prowadził tam pewnie, drugi nadążał za nim, niewprawnie wiosłując skrzydłami w mroźnym, zimowym powietrzu. Gdy pierwszy wylądował na kominie chatki babki zielarki, drugi przebierał niepewnie łapami po kalenicy i pomagał sobie skrzydłami w utrzymaniu równowagi. - Zeskocz na ziemię to cię odczaruję - rozkazał ten pierwszy i sarn sfrunął lekko między grządki zeschłych i oszronionych ziół przed chatką, wnet przeistaczając się w znaną postać jej właścicielki. Drugi opadł na ziemię niezdarnie i już po chwili, zgodnie z obietnicą, siedział oparty o ścianę w swej zwykłej postaci rycerza. - Marny czas do rana, żeby się lepiej poznaćzachichotała nieprzyjemnie babka zielarka - i wysłuchać, czego ty się po mnie spodziewasz, stary łajdaku! Tamci, jeśli się w nocy obudzą (miejmy nadzieję, że na czas, bo mróz tęgi) będą mieli na tyle przytomności, żeby sobie do ognia dorzucić chrustu. Nie starczy im dowcipu, żeby wracać do szałasu i ciebie tam szukać. Wiem, dobrze wiem, jakie kadzidełka wsypałam im do ogniska, che, che, che! - Kim właściwie jesteście? Czego ode mnie chcecie? - stary rycerz wydawał się mocno oszołomiony wszystkim, co ostatnio przeżył. Wodził za ruchliwą babką nierozumiejącymi oczyma. - Opiekunką twojąjestem, nicponiu, od wieków i miałam nią być aż do Dnia Sądnego. W każdej złej przygodzie strzegłam cię, a z tobą i twojego Tadka. Od ludzkiej sprawiedliwości, przed którą uciekałeś, cię zachowałam, od zemsty, którą ci zaprzysiężono, od złych wspomnień przede wszystkim cię chroniłam. Wygnałeś je ze swej pamięci, wyparłszy się przed sobą swoich zbrodni, a ja - zgodnie z twoją wola - zadbałam, żeby nigdy do ciebie nie wróciły, aż piekło przygotuje się na twoje przyjęcie. Troszczyłam się o was jak najczulsza matka, żeby was nic nie trapiło, aż do Sądu Pańskiego, od którego nie ma ucieczki. Zaniosła się, nie wiedzieć czemu, śmiechem. Śmiała się i śmiała, aż węzeł chustki poluzował jej się pod brodą, aż łzy jej stanęły w zaczerwienionych małych oczkach. Księżyc mały i blady, jakby zmarznięty, wytoczył się wysoko nad polankę i ze zdumieniem słuchał tego śmiechu. Trudno powiedzieć, czy i rycerz pobladł, słuchając piekielnego chichotu, bo wszystko w nocnym świetle było nieziemsko blade. Poruszył się niepewnie i naraz odnotował, że nie czuje bólu w poszarpanej przez dzika nodze i może się na niej oprzeć. Spr6bował wstać i, o dziwo, udało się. Babka jakby odgadła jego zdziwienie: - I tym razem jeszcze cię uleczyłam, choć pewnie już nie powinnam, ale dalej sam będziesz musiał zdecydować o swoim losie, bo zacząłeś wymykać się spod mojej władzy. Ocaliłeś życie wrogowi, narażając własne. Dlatego cię tu przywiodłam, żeby się z tobą rozmówić. - Gadajcież jaśniej, bo nic nie rozumiem - zniecierpliwił się rycerz - kim właściwie jesteście? - Oj, rozumiesz, rozumiesz, łajdaku, więcej, niż chcesz się przyznać! A ja? Cóż, przed ludźmi udaję zielarkę, ale tak naprawdę mnie nie ma, choć mogłam być, o!... Babka rozpłynęła się naraz w księżycową poświatę. Rycerz zamrugał oczami, rozglądając się za swą niedawną rozmówczynią w nieostrym półcieniu rzucanym przez chatkę, gdy nagle wypadła zeń kuniemu mała, kilkuletnia dziewczynka z bukiecikiem polnych kwiatków w ręku i w rozradowanych, podskokach biegła rzucić mu się na szyę, szczebiocząc: - Tatku, drogi tatusiu! Wróiłeś z wojenki caly i zdrowy! Jakaż to radość dla nas znów mieć cię w domu! Rycerz odruchowo rozwarł ramiona, widząc, że dziecko nie wyhamuje na czas i ostatnim susem skoczy mu wprost na brzuch. Chciał ją podtrzymać, ale objął tylko powietrze pełne dobrze znajomego chichotu babki zielarki: - Nie bój się, ojczulku, nie będę ci ciężarem! Mówiłam ci przecież, że naprawdę mnie nie ma. Mogłam być twoją córeczką, ale jestem niczym na wieki - zaprzepaszczoną możnością, niespełnionym pragnieniem, przekreślonym przez ciebie marzeniem Hanki Luteranki. Tak, przed ludźmi udaję zielarkę, boby się mnie bali inaczej, ale naprawdę niczym jestem. Nie bój się, nie przekreślę ci życia, nie ja. Chi, chi, chi! Księżycowa poświata uformowała się znów w drobną postać leśnej znachorki. Odwróciła się teraz do drzwi swojej chatki, wypchnęła skrzypiący skobel, rozwarła drzwi, zapraszała gestem do środka: - Chodź, pokażę ci, czym się ząjmuję. Bo nawet, gdy kogoś nie ma, czymś przecież musi się zająć, żeby czasu darmo nie tracić. Zapraszam, chi, chi! Czym chata bogata, tym rada. Weszła pierwsza. Przekroczył za nią próg chatki, poraziła go ciemność, przy której noc na zewnątrz wydawała się słonecznym południem. Po słabnącym chichocie poznał, że babka oddala się w jakiś korytarz. Widząc, że się waha, zawołała za nim: -Ależ proszę, proszę śmiało, wnętrze mojej chatki też tylko na niby!
Ruszył w ciemność przed siebie. Nie trafił na żadną ścianę. Nie widział absolutnie nic. Tylko lekki ruch powietrza wskazywał na jakiś wąski korytarz. Nie byli w nim sami. Czuł wokół jakieś oddechy, łowił uchem jakby ciche pomruki niezadowolenia. Zdało mu się raptem, że w ciemnościach zapalają się raz po raz fosforyczne światełka oczu. Przybywało ich wokół i pomruki na różnych tonach narastały ze wszystkich stron, powietrze nasycał coraz mocniejszy, słodki, zwierzęcy fetor. To moje kotki - wyjaśniła babka zielarka i nieIlym sposobem oświetliła mroczny tunel, zatrzysię. ltali w długim korytarzu bez widocznego począt~ońca. Wzdłuż, po obu bokach ciągnęły się trzy niekończących się w zasięgu wzroku półek czy iw, na których leżały, pneważnie drzemiąc, dziesetki czarnych, rudych, burych, małych, śred! wielkich, cętkowanych, nakrapianych i pręgo::h, dzikich i domowych kotów różnego rodzaju, J i usposobienia. Niektóre na widok przybyszów 'kały z powrotem ślepia i wtulały nos między łapy, ziewały głośno i przeciągały się lub zjeżone pryy nieprzyjaźnie, babka zaś tłumaczyła rycerzowi: - Po zioła rzadko kto prz}jdzie, rady nikt już nie .a, wszyscy sami lepiej wiedzą, a wieki płyną. Lezwierzęta mają swoje życie, nie ma co się wtrącać. po ludziach, zwłaszcza pobitych, niepochowanych, mordercach, co zapomnieli i nie chcieli żałować, (się po lesie pełno wspomnień zatartych, żali awionych, uczuć nieziszczonych, słów niedomówio:h, pragnień chybionych, klątw zapomnianych. skały przygodnych przechodniów, rzucały się nieośnymi omamami na podróżnych, opadały tłume zabłąkanych. Ja to rozumiem, bo ja z tego sameI rodu niespełnionych pragnień, ten sam niepokój nie trawił, nim sobie zajęcie znalazłam. Pozbieram to bractwo po górach i lasach, zwołałam z wszystIch pustkowi, a potem zaklęłam w koty i przygarnęlm u siebie, schronienie im dałam, dach nad głową, iepłe ukojenie, spokojny sen aż do Dnia Sądnego.
Kotki moje, koteczki! - zwróciła się z czułością do nąjbliższych ZWierząt. Dwa skoczyły jej na ramiona, zaczęły się przymilnie łasić. Pogłaskała je po łbach i za uszami, a potem, delikatnie strącając je z siebie, odesłała na półki, tłumacząc im: - Kotki zapomniane, złych wSpomnień koteczki, wracąjcie spać, jeszcze nie cZas. Biedactwa moje kochane, wasi panowie was nie chcą, zapomnieli o was, wSpomnieniach swych zbrodni. Wstydzą się was, kotki moje, ci panowie, żałować wolą nie pamiętać. Ale u mnie nic wam nie braknie, co koteczki zabitych wyrzutów, kotki nieodżałowanej pamięci. Zbudzicie się na głos trąby - Wtedy was się nie wyprą wasi panowie, będą musieli was poznać. Znajdziecie każdy Swojego, skoczycie im do gardła za te wszystkie wieki zapomnienia i będziecie dusić, dusze z nich wyssiecie, chi, chi, chi! Alejeszcze nie teraz, teraz jeszcze nie czas. Posłuchajcie starej kociej mamy, nie marudźcie, idźcie spać. Dobranoc, koteczki, dobranoc!
Odwróciła się z powrotem ku Wyjściu, zgasiła światło, wyminęła rycerza i pociągnęła za rękaw za sobą. Oszołomiony szedł za nią potulnie ku Wyściu. - Teraz już wiesz, kim jestem, co robię - rzekła, gdy znaleźli się na dworze przed chatką - ale się dziwisz, że ci o tym wszystkim mówię. No cóż, tobie pierwszemu zawdzięczam swe zatrudnienie. Pierwsze trzy koty mojej kociarni - to twoje trzy zbrodnie wygnane z pamięci. Nad nimi dostałam pieczę od piekieł, resztę pozbierałam sama po puszczy. Kocham wszystkie moje koteczki i wszystkich strzegę. Ale o te trzy zatroszczyłam się specjalnie. Tak się bałam, żeby do ciebie nie wróciły przed czasem, że zaklęłamje podwójnie. Nie dość mi było, żem was przenosiła nocami z miejsca na miejsce, gdyście byli bliscy powrotu ku ludziom, nie dość zatrzeć wam w pamięci całą dawniejszą przeszłość. Wzięłam kiedyś ze sobą te trzy kotki, gdy jużje odchowałam, na miejsce twoich zbrodni i tam jeszcze raz je zaklęłam - zaklęłam je w kamień. Przechodnie widzieli podobieństwo, zaczęli skały nazywać Skałami Trzech Kotów. Ale nie podejrzewali, że te koty to nie prawdziwa skała. Bo ja je w skałach ukryłam tak, że tylko raz w roku, gdy słońce chodzi naj niżej nad ziemią, jego promienie padały im w ślepia. Wtedy mogły się zbudzić i gdyby wtedy ktoś napotkał ich wzrok swoim wzrokiem niewinnym i czystym, czar mógł nie wytrzymać i prysnąć. Wiedziałam, że nie ma na to rady. W Wigilię moc złych czarów słabnie.. . Ale nie bałam się o to, że tak się kiedyś stanie. Ludzie dawno zapomnieli drogi za Skałą Trzech Kotów, mają dawno lepsze, wygodniejsze, asfaltowe - po co mieliby tam chodzić, zwłaszcza zimą, skoro wiadomo, że tam straszy. Zresztą, prawie każdej zimy śniegi zawiewają skały tak, że słońce wcale nie świeciło kotom po oczach nieraz przez okrągły rok. Babka kiwała głową z głębokim namysłem: - Ano, cóż? Losu nie przemożesz ani Tego, co losami kieruje - spuściła głowę. Po chwili milczenia podjęła znowu: - Długo byliście mi z Tadkiem powolni. Dbaliście tylko o siebie i swoją wygodę, aja wam chętnie pomagałam. Żaden dziki zwierz was nie poszarpał ani zły człowiek nie wytropił. Ci, co was z urzędu ścigali za zbrodnie, dawno wymarli, pozwy sądowe zetlały, w proch się obróciły. W jednym tylko góralskim rodzie jasków trwała z pokolenia na pokolenie pamięć o zaprzysiężonej zemście na rycerzu z siną blizną na ukos przez twarz. Chroniłam was przed potomkami tego rodu, ile mogłam. Miałam władzę w potrzebie zabić każdego, kto tę zemstę zaprzysiągł, żeby kara was nie dosięgła, aż w Dzień Ostatni. Tyś też, stary lisie, nie pamiętając, coś o tym musiał wiedzieć, boś się strzegł odsłaniać przyłbicę nawet przed Tadkiem, gdyś czuł, że stara blizna zaczyna cię palić. Ano, cóż? Losu nie przemożesz! Nie! - Ten stary pszczelarz mnie rozpoznał, gdy mi przyłbica odskoczyła? - rycerz wreszcie przemówił drewnianym głosem, oblizując wyschłe wargi i zaczynając coś pojmować. - Rozpoznał, ale nie przeżył tego poznania - potwierdziła zielarka. - Ostatni to był, co swemu ojcu na łożu śmierci zemstę na tobie zaprzysiągł. Rycerz pokiwał smętnie głową i otworzył usta, żeby dalej pytać, lecz babka go uprzedziła: - Ci dwaj, coś ich z sideł wyswobodził, zjego rodu są, ale oni zemsty nie zaprzysięgali, nad ich życiem ja władzy nie mam. I nad tobą władzę tracę. Odkąd - zamiast myśleć tylko o sobie - zacząłeś pomagać potomkom twego wroga, nie wiem, co mam z tobą dalej począć. Trzy koty pamięci o twych przestępstwach, morderco, rozpierzchły się wczoraj. Żaden do mnie nie wr6cił.Jedna kocina wr6ciła do ciebie. Pr6bowałam ją - lecąc przed nią krukiem powstrzymać. Nie mogłam. Wiecz6r był wigilijny, zwierzęta wtedy własną wolę mają, widać nawet te, które tylko siłą czaru powstały. Kotka mi się oparła, zaczęła mnie straszyć. Chłopak, coś go przyhołubił, kamieniem we mnie cisnął, a ona przedostała się do ciebie. Tyś ją rozpoznał, ręce do niej wyciągnął, do Hanki Luteranki. Przypomniała ci się i nie możesz jej teraz zapomnieć. Ale może chciałbyś, co? Hę? Odezwij się! Może jeszcze nie wszystko stracone, chi, chi, chi! Rycerz milczał. Stał nieruchorno, tępo patrzy' w ziemię, coś w sobie trawił. Babka obrzuciła go bystrym spojrzeniem. - Ej, coś mi się widzi, że cały m6j trud na dar. mo, pójdziesz ty swoją drogą. Ale może jeszcze jest czas, zastan6w się. Ja spr6buję tamte dwa koty schwytać, w kamień zakląć na nowo, a ty spróbujesz zapomnieć o Hance i coś jej winien. Ty odprawisz precztych dwóch, co cię sprowadzają z drogi niepamięci, a ja ci znów przywrócę twój nieświęty spokój. . . Rycerz wzdrygnął się, podszeał do chatki oparł się twarzą w zgiętym ramienIu o węgieł, jego potężnymi barami wstrząsnęło coś jak spazm niemego szlochu. Odwrócił się tak gwałtownie, że aż zachwiał na nogach, zgromił babkę wzrokiem i wybuchnął: - Daj ty mi spokój teraz! Daj mi święty spokój! Zostaw mnie i przepadnij albo zaprowadź z powrotem tam, skąd mnie porwałaś, diabelska kumo, zjawo nieczysta! - Ejże, nie ubliżaj mi, mości rycerzu! Sam mnie powołałeś do nieistnienia, a ja się ciebie uczepiłam, bo kogo miałam się uczepić jak nie ciebie, swego możliwego ojczulka? Ale - twoja wola. Tylko wiedz, że odtąd moja opieka nad wami się skończy, a ty zostaniesz sam ze swoimi towarzyszami, z krwawiącą znów raną od dzika i jeszcze bardziej krwawiącym wspomnieniem o Hance Luterance. . Przerwała na chwilę, patrzyła, czy rycerz się nie namyśli, a potem nowy błysk złośliwości zaiskrzył w jej przymrużonych oczkach: - A czy tamte dwa koty kiedy spotkasz, któż to wie? Dzikie są i same do ciebie nie wrócą,jak ta kocina po Hance. Nic ich do ciebie nie pociąga, a wszystko odpycha. Może zostaniesz tak na wieki, na wpół obudzony, na wpół otumaniony, nienawrócony do końca i niechroniony przez czary, chi, chi, chi, któż to wie? - To moja rzecz! - rycerz wyprostował się i skrzywił z bólu - pokaż mi drogę do moich i znikaj! Ano, jak tak... Chi, chi, chi! Nie przestając podrygiwać od śmiechu, wstrząsnęła ramionami i zaczęła się kurczyć do rozmiarów dużego ptaka, zamachała kruczymi skrzydłami, zatoczyła w powietrzu krąg wokół głowy rycerza, który raptem również się skurczył i wnet skruczał jak ona. Zatoczyli po zimowym, nocnym niebie krąg nad Jaworowym Przysłopem i wzięli kierunek prosto na szałas nad potokiem.
Kamykowski Łukasz, ks.: Skała trzech kotów wydanie: pierwsze oprawa: miękka data wydania: maj 2007 ISBN: 978-83-7318-864-8 format: 136x210 mm stron: 204 Wydawnictwo: WAM |