|
Fredi. Chomik w tarapatach, D. Reiche. Nasza Ksiegarnia.
Mam przed sobą kolejną część fascynującej opowieści o życiu chomika Frediego. Pamiętamy jak mała Zosia zaprzyjaźniła się z nim, i na czym polegały jej problemy z mamą? Jeśli nie to przypomnijmy sobie książkę "dzikie zycie chomika". Fredi jest chomikiem zupełnie innym od zwyczajnych chomików.
Posiada niecodzienne jak na chomika uzdolnienia i umiejętności, których może pozazdrościć mu nie tylko inny chomik. Doktor Dittrich chyba również ... nie bez powodu rozpoczyna badania naukowe nad mózgiem chomika syryjskiego. Fredi musi się mieć na baczności, stawką bowiem staje się jego życie! Czy uda się Frediemu przechytrzyć szalonego naukowca? Tego dowiemy się jedynie, gdy przeczytamy książkę.
Mam przed sobą kolejną część fascynującej opowieści o życiu chomika Frediego. Pamiętamy jak mała Zosia zaprzyjaźniła się z nim, i na czym polegały jej problemy z mamą? Jeśli nie to przypomnijmy sobie książkę "dzikie zycie chomika". Fredi jest chomikiem zupełnie innym od zwyczajnych chomików. Posiada niecodzienne jak na chomika uzdolnienia i umiejętności, których może pozazdrościć mu nie tylko inny chomik. Doktor Dittrich chyba również ... nie bez powodu rozpoczyna badania naukowe nad mózgiem chomika syryjskiego. Fredi musi się mieć na baczności, stawką bowiem staje się jego życie! Czy uda się Frediemu przechytrzyć szalonego naukowca? Tego dowiemy się jedynie, gdy przeczytamy książkę.
Fragmenty
Rozdział 1
Wszystko zaczęło się tamtej nocy. Oczywiście zaczęło się już wcześniej. Ale tamtej nocy pojąłem, że nie chodzi o nikogo innego, jak właśnie o mnie. Zrozumiałem: doktor Dittrich szukał mnie. Chciał mnie dostać w swoje ręce. To była noc, w której pojąłem: groziło mi niebezpieczeństwo. Zbliżała się północ. Enrico i Caruso, śpiewające świnki morskie, dali w końcu spokój, a sir William, dystyngowany kocur, wrócił na swój koci koc. Master Johna nie było. Musiał wyjechać. Siedziałem przed klawiaturą Macintosh i pracowałem nad opowiadaniem. Najchętniej piszę nocą. Dlatego że, po pierwsze, o tej porze i tak jestem rześki (nauczyciele biologii zaliczają nas, chomiki syryjskie, do zwierząt nocnych), a po drugie, mam wtedy komputer tylko dla siebie (w dzień jest zazwyczaj zajęty przez Master Johna). Nad czym tamtej nocy pracowałem, nie ma teraz znaczenia (no dobra: to była powieść grozy zatytułowana „Klątwa fretek”, w każdym razie robota szła mi od łapki. Panowała cisza. To znaczy słychać było naturalnie całą masę szmerów. Na przykład, tykał budzik Master Johna, w kuchni warczała lodówka, zza okien dochodził uliczny zgiełk, Macintosh brzęczał, a klawisze klikały, gdy naciskałem je łapką. Ale one wszystkie nie były szczególnie głośne, nawet dla nadzwyczaj wrażliwych uszu chomika. I należały do nocy, takiej jak ta. Pracowałem w ciszy. I wtedy, właśnie czytałem na monitorze to, co do tej pory napisałem, usłyszałem, jak na dole w sieni otworzyły się drzwi. To, samo w sobie, nie było niczym nadzwyczajnym. Mieszkamy w dużym domu czynszowym (na samej górze pod dachem) i zdarza się, że ktoś późno wraca. Drzwi wejściowych nigdy się nie zamyka. Teraz powinny się zatrzasnąć, powinno być słychać mniej lub bardziej ciężkie kroki na schodach, a potem otwierające się drzwi mieszkania. Ale nie. Drzwi wejściowe zostały tak ostrożnie zamknięte, że nawet ja nic nie usłyszałem. Nasłuchiwałem. I teraz kroki – ciche, niepewne. Ktoś skradał się po schodach. Siedziałem wyprostowany. Kroki zbliżały się, nie zatrzymały się przed żadnymi drzwiami, były coraz bliżej; im wyżej, tym wyraźniej słyszalne. A potem przeniosły się na górę. Cisza. Nagle cichy brzęk, jakby ktoś z kieszeni wyjął pęk kluczy. Znowu cisza. A potem dwie rzeczy: po pierwsze, usłyszałem, jak ktoś wkłada coś w zamek od drzwi. Po drugie, nagle poczułem ten zapach. Jednocześnie gryzący i siarczany. Wiedziałem, kto stał przed drzwiami. To był doktor Dittrich. Wczorajsze odwiedziny. To był mężczyzna, który wczoraj po południu stanął nagle w naszym pokoju. Od początku nie mogłem znieść jego zapachu. Nieznajomy był wyjątkowo długi i chudy, jego okulary bez oprawek błyszczały, pachniał niemalże piekielnie, siarczanym środkiem przeciwłupieżowym. – Dzień dobry – powiedział doktor Dittrich. – Nazywam się doktor Schmitt. Wtedy jeszcze nie mogłem wiedzieć, że kłamał. Ale domyślałem się. Przed „Schmitt” zawahał się momencik. – Tak, proszę? – powiedział Master John i podniósł się. Jeszcze przed chwilą siedział przed Macintoshem i pracował nad tłumaczeniem, które musiał koniecznie skończyć przed wyjazdem. – Pan sobie życzy? – zapytał. I to bardzo uprzejmym tonem. A przecież strasznie musiało go rozłościć, jak ten doktor Schmitt po krótkim pukaniu od razu wpakował się do pokoju. Ale Master John jest zawsze uprzejmy i cool. No, prawie zawsze. – Słyszałem, że udziela pan korepetycji – powiedział doktor Dittrich, inaczej doktor Schmitt. – Z angielskiego, nieprawdaż? Indywidualnie? Na jego chudej szyi podskakiwało jabłko Adama. Widziałem dokładnie, bo stał dość blisko mojej klatki (w przeciwieństwie do wszystkich innych narządów zmysłu, wzrok chomików syryjskich nie jest wyjątkowo ostry). – Zgadza się – potwierdził Master John. – Ale w tym momencie nie mogę, niestety, przyjąć więcej uczniów. – Ach. Naprawdę nie? Szkoda. Jego słowa miały prawdopodobnie zabrzmieć z żalem. Jednak widać było, że jest mu obojętne, że z lekcji nici. – No to trudno, nic na to nie poradzimy. Rozejrzał się po pokoju – wtedy mnie zobaczył. Dokładniej: patrzył na mnie przenikliwie. Bo oczywiście musiał mnie już wcześniej zauważyć. Moja klatka stoi na regale, dość wysoko, a że uniosłem się na tylnych łapkach przy jej drzwiczkach, staliśmy teraz, doktor Dittrich i ja, oko w oko. Jeszcze nigdy nie patrzyłem w tak zimne i martwe oczy. Doktor Dittrich mierzył mnie wzrokiem, zachowując kamienną twarz. Przeszył mnie tym swoim mroźnym spojrzeniem, a ja odruchowo wyszczerzyłem zęby. Trwało to dość długo, tak mi się wydaje; w rzeczywistości pewnie kilka sekund. Nagle, bez słowa, mężczyzna odwrócił się energicznie. Ruszył w kierunku drzwi, rzucił: „Miłego dnia” i zniknął tak szybko, jak się pojawił. W pokoju pozostał gryzący zapach siarki. A teraz, w samym środku nocy, znowu go poczułem: z zewnątrz, przez szpary drzwi, wpełznął siarczany odór. Doktor Dittrich stał przed naszymi drzwiami. I włożył coś w zamek. Nieznajomy właśnie zamierzał się do nas włamać! Stałem z nastroszoną sierścią. Najpierw byłem jak sparaliżowany. Później jednak wziąłem się w garść. Wystrzeliłem ku przeciwległej krawędzi biurka, w szaleńczym pośpiechu zsunąłem się po chomiczej drabinie linowej na podłogę i pobiegłem do sąsiedniego pokoju, w którym leżał na swoim kocim kocu sir William. Spał głęboko i twardo. – Sir Williamie – szepnąłem. Brak reakcji. – Sir Williamie! – Lekkie chrapnięcie, potem znowu cisza. Nasłuchiwałem, co dzieje się za drzwiami. Dochodziły ciche odgłosy szlifowania i klekotanie. Doktor Dittrich próbował wytrychem otworzyć drzwi. – Sir Williamie! Znowu nic. I wtedy go ugryzłem. W łapę. Nie bardzo mocno, ale skutecznie. Sir William podskoczył. – Fredi! Potrząsał łapą. – Oszalałeś?! To dopiero... – przerwał i postawił uszy. – Tam ktoś jest. Przed drzwiami. – Właśnie – szepnąłem. – Ktoś próbuje wejść do naszego mieszkania. Nasłuchiwaliśmy. Coś zostało wyciągnięte z zamka i zaraz znowu włożone: doktor Dittrich próbował teraz innego wytrycha. Sir William węszył. – To typ, który był u nas wczoraj. Ten od okropnego szamponu. Czego on tu szuka? – Mnie. – Ciebie? Kocur patrzył na mnie, potrząsając głową. – Najlepszy Fredi, będziesz musiał mi to wyjaśnić. Dlaczego ktoś miałby… „Trzask!” dobiegło od drzwi. – Jest w środku! Idzie! – Szybko! Ukryj się! – syknął sir William. – Gdziekolwiek. Spróbuję go… Stop, poczekaj! Nasłuchiwaliśmy. Cisza. – Nie udało mu się – szepnąłem. – Jeszcze nie. – To dalej, znajdź sobie kryjówkę. Zobaczę, co da się zrobić. – Sir William westchnął. – Trzeba by było umieć szczekać. Nigdy bym nie pomyślał, że kiedyś będę sobie tego życzył… – Cisza! – Nasłuchiwałem. – Kroki… na schodach… w dół… Odchodzi. Zrezygnował. – Naprawdę? – Sir William też nasłuchiwał. – Rzeczywiście. – Usiadł na kocu. – Chyba muszę to powiedzieć. – Patrzył na mnie. – Proponowałbym, mój drogi, żebyś następnym razem emocje dozował mi w mniejszych dawkach. Ale teraz wyjaśnij – kontynuował – dlaczego sądzisz, że ten człowiek przyszedł tu po ciebie? – To przez jego oczy. Opowiedziałem, jak doktor Dittrich lodowato mierzył mnie wczoraj wzrokiem. – No, na miłość od pierwszego wejrzenia to nie wygląda – powiedział sir William. – Ale pytanie: po co? To znaczy: co on zamierza? – zastanawiał się. – Jeśli ten Dittrich chce cię rzeczywiście dostać, to z pewnością spróbuje znowu. Nagle podniósł głowę. – Ale! – zauważył. – Przedstawił się jako doktor Schmitt. Skąd wiesz, że nazywa się Dittrich?
Fredi. Chomik w tarapatach Autor: D. Reiche Tłumaczenie: Karolina Czapla ilustracje: Sara Not Rok wydania: Warszawa, 2006 ISBN: 83-10-11172-X Oprawa: broszura Format: 125 x 187 mm Objętość: 152 strony Wydawnictwo: Nasza Księgarnia Wiek: 8+
|